Do odwiedzenia Albanii namówili nas znajomi – twierdząc, że wizyty w tym kraju długo się nie zapomina. Mieli rację: Albania robi piorunujące wrażenie i w zasadzie trudno uwierzyć, iż kraj ten znajduje się w Europie. 

Stasiuk twierdzi, że "wszyscy powinni tam pojechać, a przynajmniej ci, którzy wymieniają nazwę ‘Europa”. Powinien być to obrzęd inicjacyjny, ponieważ Albania jest podświadomością tego kontynentu, wrzodem na jego ciele".

Nasza podróż zaczęła się w czarnogórskiej BUDVIE, skąd autobusem dotarliśmy do granicy. I od razu szok – wjazd do zupełnie innego świata. Pierwszy raz miałam wrażenie, że granica wcale nie jest umowną budką sterczącą w przypadkowym miejscu. Straż graniczna była bardzo niemiła, uczepiła się nawet jednej z pasażerek autobusu, która bezmyślnie robiła zdjęcia na samej granicy. Strażnik chciał jej nawet zabrać aparat, ale pokazała że to zdjęcia cyfrowe i że je od razu kasuje (cóż, cyfrówki maja czasem swoje zalety).

Tuż za posterunkiem granicznym zatrzymaliśmy się na chwilę w przydrożnym barze. W okolicy stało kilka rozwalających się budynków, jakieś wraki samochodów, i oczywiście mercedesy – przedziwny symbol albańskiego dostatku i hierarchii społecznej. (nie masz merca jesteś niczym!). Stąd najważniejszą troską materialną Albańczyka jest posiadanie samochodu, i to nie byle jakiej marki, ale właśnie mercedesa. Konsekwencja tego przedziwnego zjawiska to tysiące warsztatów (tzw. lavash), albo wręcz „wysypisk samochodów” - efekt sprowadzania do kraju setek starych aut, do których brak części zamiennych. Aż trudno uwierzyć, że jeszcze niedawno – bo przed 1991 r. – żadna osoba prywatna nie mogła posiadać samochodu!

Największy szok to sam wjazd do SZKODRY, jednego z największych miast albańskich:
- slumsy nie tylko na przedmieściach, ale i w centrum miasta
- ruiny zamiast domów, budowane bez składu i ładu
- wszędzie smród, brud i śmieci
- obecność na ulicach osiołków i wozów drabiniastych
- w mieście zobaczyć można głównie mężczyzn - kobiety jedynie przemykają ukradkiem, owinięte w muzułmańskie chusty 

Chyba najbardziej jednak kłuło w oczy połączenie piękna zabytków i dzikich krajobrazów z pokładami śmieci i syfu. Przykładowo rzeka DRIN wijąca się u podnóża ruin średniowiecznej twierdzy Rozafat - pełna była zapor tamujących śmieci (sic!), a w okolicach zabytkowych budowli (Ołowiany Meczet) leżały zwały śmieci. Co więcej, szosa często w centrum miasta traciła asfalt, na rzecz kałuż i wyrw. Ruch zaś odbywał się w sposób bardzo bezładny i chaotyczny, w newralgicznych miejscach nawet pozbawiony świateł ulicznych.

Miałam wrażenie, że miasto to właśnie przeżyło bombardowanie. A ludzie tam tak po prostu żyją. Co więcej – i wcale im to nie przeszkadza. Ciekawe tylko, z czego żyją. Bo bieda jest widoczna na każdym kroku. Życie towarzyskie toczy się pod sklepami i na bazarach, gdzie można kupić różne przedziwne rzeczy, a sprzedawcy przekrzykują się, pokazując co ciekawsze okazy (np. ogromne ryby z jez. Szkoderskiego).

Kolejnym celem naszej podróży była TIRANA. I choć nie dzieli jej duża odległość od Szkodry (ok. 70 km), to autobus pokonywał ją przeszło 3 godziny. A warto tu dodać, że droga była – jak na albańskie standardy - całkiem porządna. Pomiędzy wioskami ciągnęły się głównie nieużytki, czasem prześwitywały resztki gajów oliwnych. W oddali połyskiwały szczyty gór, zwanych Alpami Albańskimi.



Największe wrażenie podczas podróży albańskimi drogami robiły przedziwne budowle majaczące na polach, kryte w lasach, czy doskonale widoczne na podwórkach. Krajobraz usłany był bunkrami. Nic dziwnego – jeśli wybudowano ich ok. 600 tys., to teraz stoją samotnie, zwrócone otworami strzelniczymi w kierunku granicy. Obsesja epoki komunizmu: każda rodzina ma mieć własny bunkier, aby bronić się przed inwazją! Bunkry są wszędzie jak okiem sięgnąć. Towarzyszący nam przez całą wizytę deszcz dodatkowo potęgował przerażenie.

Wspaniale opisuje to A. Stasiuk w książce Jadąc do Babadag: „Cementowe czerepy wrastały w zbocza w miejscach, gdzie żaden pojazd nie miał szans dojechać. Może cement i stal transportowali na mułach i osłach, może po prostu przenosili to wszystko na plecach. Szare betonowe ropuchy tkwiły czasem pojedynczo, czasem po trzy-cztery strzegły wyimaginowanych przejść, przecinały linie domniemanych ataków, oczekiwały na inwazję, a ich czarne, puste spojrzenia, ogarniały całą widzialna przestrzeń”.



Sam wjazd do TIRANY to również nie lada gratka – slumsy ciągną się kilometrami, jest okazja poobserwować życie na przedmieściach. Nie jest za różowe – kraj ten cierpi na chroniczny brak energii i wody. Prąd często jest wyłączany, a przed domami można napotkać agregaty prądotwórcze. Zaś na dachach często widoczne są baniaki do gromadzenia deszczówki, jako ze kanalizacja to szczyt luksusu, a woda jest limitowana. Efekt potęgują gigantyczne korki, w których auta poruszają się niczym żółwie.

Zwiedzanie zaczęliśmy od Placu Skanderberga – jedynego niekwestionowanego bohatera narodowego Albanii - przywódcy walk przeciwko Turkom otomańskim. W XVI w. To jedyna w pełni pozytywna albańska postać historyczna, umieszczona na samym środku placu, na wysokim cokole. W tle zaś majaczył meczet Ethem Beya- podobno najbardziej fotogeniczny w stolicy. Na placu oczywiście kręcili się lokalni cinkciarze.

Tirana rozłożona jest u stóp góry Dajki, z której w pogodny dzień podobno roztacza się piękna panorama. Podobno, bo nasza wizyta niestety przebiegała w deszczu, mimo wrześniowej upalnej pory. Jedynie na koniec pokazało się na chwile słońce, a zaraz za nim – tęcza.

Aby poczuć klimat miasta chodziliśmy sobie po przedziwnych uliczkach. Najpierw długo szukaliśmy sklepu detalicznego (bezskutecznie), potem włóczyliśmy się po zaułkach. W tle majaczył imponujący meczet z dwoma smukłymi minaretami, do którego niestety nie zostaliśmy wpuszczeni. 

Kolejną atrakcją pobytu był wjazd na SKY TOWER. I tu znów można było ujrzeć skontrastowane widoki – szczyt luksusu i przepychu wewnątrz budynku, a bieda i brzydota przed. Sama wieża to najwyższy punkt miasta, a zarazem jego symbol. Widok jest podobno powalający – my niestety oglądaliśmy panoramę miasta w strugach deszczu (; 

Podsumowując można stwierdzić, że Tirana jest uboga w zabytki. Kilka postsocrealistycznych budowli z pewnością nie należy do dzieł sztuki, jednak warto je obejrzeć ze względu na specyficzny charakter. Zwłaszcza bije po oczach widok nowoczesnych budowli w otoczeniu slumsów, kolorowych bloków i zamkniętych osiedli obok rozpadających się ruder. Zewsząd bije poczucie beznadziei i nie dziwi już fakt, ze Albania nazywana jest krajem, który nigdy się nie uśmiecha. To efekt wielu lat komunistycznego reżimu, prześcigającego inne kraje w idiotycznych pomysłach, stopniowo prowadzących do upadku. 



Po zmroku Albania nie wydaje się przyjaznym krajem. Miasta są kompletnie nieoświetlone, stąd z pewnością przyda się latarka. Nie radziłabym również wizyty po zmroku na przedmieściach, bo można narazić się na niebezpieczeństwo. Zwłaszcza że turysta nie jest tam powszechnym widokiem.



Szkoda, że nie udało nam się zobaczyć wielu innych ciekawych miejsc, jak np. portowego miasteczka DURRES, czy warownej twierdzy w KRUI. To powód, aby tam jeszcze kiedyś wrócić!