|













|

29 kwietnia 2007
Kiedy już następuje ten upragniony moment wyjazdu, to zawsze czuję się potwornie – pojawia się tysiące wątpliwości, wahania czy wybrałam najlepszą z możliwych opcji na wyprawę i czy na pewno jesteśmy dobrze przygotowani do wyjazdu. Stach ginie dopiero po dotarciu do celu. Wcześniej niestety kilka razy zerkam nieufnie na bilet, czy też nerwowo sprawdzam stan plecaka. Cóż, podobno to nie ja jedna. Tak było i tym razem. Niepokój minął, gdy na lotnisku w Poznaniu spotkaliśmy naszych współtowarzyszy podróży – Kubę i Danusię. Choć ciągle nie chciało się wierzyć, że za kilka godzin będziemy hen daleko stąd.
Na szczęście odprawa poszła gładko, bilety elektroniczne były jak najbardziej prawdziwe, a samolot odleciał zgodnie z planem. Po godzince z hakiem byliśmy już w Monachium. Tamtejsze lotnisko to gigant: tranzyt z płyty lotniska do terminalu to jakby wyjazd na autostradę. Pojawiają się obawy, że nastąpiła pomyłka i autobus jedzie prosto do miasta, zamiast wracać do terminala. Lotnisko gigant ma kilka pięter, stąd trzeba uważać, aby nie pomylić bramki, bo wtedy można zagubić się na dobre. Najbardziej jednak zadziwiają ruchome chodniki – czegóż to Niemcy nie wymyślą! Taki plus, że nie nudziliśmy się ani przez chwilę, bo zwiedzaliśmy sobie zaułki lotniska, wyszukiwaliśmy najdziwniejsze kierunku odlotów i włóczyliśmy się po sklepach. Dwie godziny minęły niepostrzeżenie i... już siedzieliśmy w kolejnym samolocie: znacznie większym i wygodniejszym. Stewardessy rozdały nawet koce i poduszki (!) aby wszystkim wygodnie się spało. W prawdzie 3,5 godziny lotu to trochę za krótko żeby się wyspać, ale dobre i to. Tyle że emocje nie pozwalały spać, a wzrok sam wędrował za okno, w czarną toń przestworzy. Kiedy przyszedł prawdziwy sen, samolot już podchodził do
lądowania.
30 kwietnia 2007
Erewań wyglądał niezbyt przyjaźnie: ciemno, zimno i...
deszczowo. Tak, deszcz padał rzęsisty, aż nie chciało się wychodzić z samolotu. Miny mieliśmy nietęgie: nie tak sobie wyobrażaliśmy pierwsze kroki w Armenii. Na szczęście po chwili już byliśmy w autobusie, gdzie po raz pierwszy poznaliśmy smak ormiańskiej gościnności. Słysząc głośne rozmowy Polaków, również po polsku zagadnął nas młody chłopak, jak później się okazało ARMEN, od 14 lat mieszkający we Wrocławiu. Od razu zaoferował nam pomoc i obietnicy dotrzymał. Jak już dostaliśmy wizy i odebraliśmy bagaże, odnalazł nas i zaproponował gościnę w swoim domu. Oczywiście bez zastanowienia zgodziliśmy się, bo nikt nie miał ochoty czekać na lotnisku na pierwszy autobus do centrum miasta. Zwłaszcza że ciągle było ciemno i padało. Więc wzięliśmy
taxi pod wskazany adres (5000 dram).
Już po przekroczeniu bram terminala można poczuć niesamowity klimat : gwar, mnóstwo naganiaczy i taksówkarzy, turbofolk rozbrzmiewając z głośników rozklekotanych aut. I wszyscy ćmią papierosy, wręcz odpalają jeden od drugiego. Niepalący to ewenement. Już po chwili mknęliśmy puściutkimi ulicami miasta, próbując nawiązać rozmowę z taksówkarzem. Oczywiście auto nie miało pasów – bo i po co? Ormianie pierwsze co robią po zakupie samochodu to pozbywają się pasów bezpieczeństwa. Cóż, faktycznie nie pasują do ich temperamentu.
Gdyby ktoś mi wywróżył, że pierwszego dnia pobytu w Armenii już o 4 rano będziemy pić wódkę, roześmiałabym się mu w twarz. Jednak najbardziej zadziwiająca nie była sama wódka (bo tą mogliśmy pić również na lotnisku), ale okoliczności: siedzieliśmy za stołem razem z rodziną ARMENA, poznając Ormian od kuchni (dosłownie i w przenośni); i nikt nie przejmował się tym, że jest 5 rano, że jesteśmy obcymi ludźmi, ze zakłóciliśmy im spokój. Wręcz odwrotnie – starali się nas jak najlepiej ugościć i pomóc w znalezieniu noclegu. Suma sumarum odgrzebaliśmy telefon do Any – dziewczyny z hospitality club, która
e-mailowo zgodziła się nas przenocować – nasi gospodarze wykonali kilka telefonów i... wszystko było załatwione. Oczywiście nikomu nie przyszło do głowy, że sami będziemy szukać mieszkania Any – jej mama wyjechała po nas, żebyśmy przypadkiem się nie zgubili. To było naprawdę niesamowite.
Kolejna taksówka (2000 dram), kolejna przygoda: w Polsce jeszcze noc, a my już zaliczamy drugą miejscówkę. Oczywiście znów sute śniadanie i opowieści bez liku. Mnie już język bolał od gadania po rosyjsku, zwłaszcza że tylko 2 osoby jako-tako znały język (a musiały gadać za czterech). Nieprzespana noc szybko dała znać o sobie. Zrodził się pomysł, aby chwilę się zdrzemnąć. Ja oczywiście z nadmiaru emocji oka nie mogłam zmrużyć, toteż postanowiłam pójść na zwiad. Gospodyni wpadła na genialny pomysł, że sama oprowadzi mnie po okolicy. A że nie miałam już siły gadać po rosyjsku, to się zgodziłam. Razem wjechałyśmy na 9 piętro, aby popatrzeć na miasto z góry. W prawdzie już nie padało, ale widoczność była
kiepsa, a mgły zasnuwały łańcuchy gór. Widok był przytłaczający: wszędzie szare bokowiska, opuszczone fabryki i hale, ruiny domów, sterty śmieci, a nad tym wszystkim góruje cień Araratu. Kontrast niesamowity. I wszystkiemu winni Rosjanie, którzy po wojnie o Górny Karabach pozamykali stare fabryki i już nigdy tu nie wrócili. Jeszcze niedawno cała okolica pracował w Morskim Instytucie, który prowadził badania dotyczące wszystkich mórz w byłym Związku Radzieckim. Teraz hale świecą pustkami, a ludzie żyją w biedzie.
Kolejny epizod tego dnia to spotkanie z Aną z hospitality club, która bardzo ucieszyła się na nasz przyjazd i zaoferowała oprowadzenie po mieście. Razem wsiedliśmy do marszrutki , by po chwili dotrzeć do samiutkiego centrum. Ana pokazała nam miasto z zupełnie innej strony: oprowadzając po swoich ulubionych miejscach, niewiele mających wspólnego z przewodnikowymi szlakami. Miasto tak na pierwszy rzut oka wydawało się mega smutne, szaro-bure i monumentalne. Ale był w tym swoisty urok, zwłaszcza ze wokół zza chmur wyłaniały się przeogromne góry. Erewań wydawał się nam od pewnym względem znajomy, podobny do bałkańskich miast typu Podgorica czy Tirana – ten sam typ budowli, ten sam powiew postkomunizmu.
Wieczorem dołączyła do nas druga Ana (przyjaciółka Any nr 1) i razem wylądowaliśmy w knajpie WEST SIDE (piwo: 500 dram, sałatka 600 dram). W prawdzie nam marzyła się jakaś restauracyjka z ormiańską kuchnią, ale dziewczyny chciały koniecznie nam pokazać, że Erewań jest cywilizowanym miastem, gdzie można spotkać się z zachodnią
kulturą i muzyką. Jakżeż one mówiły o Europie: z uwielbieniem, jakby to by raj na ziemi: piękny, zamożny, pełen niesamowitych ludzi, istny ideał. Oczywiście ich największe marzenie to wyrwać się na Zachód- zupełnie inne podejście niż starsze pokolenie, które jest ogromnie dumne z Armenii, z tego że tu właśnie mieszka, na ziemi swoich przodków, że turyści odwiedzają ich ojczyznę, ze interesują się historią.
Ten nieprawdopodobnie długi dzień zakończył się uroczystą kolacją. 3 posiadówki przy stole to trochę za dużo jak na jeden dzień, ale cóż było robić – przecież nie wypada odmówić. Zwłaszcza, że trzeba by to zrobić po rosyjsku); Było nam trochę głupio, bo zwaliliśmy się tym ludziom na głowę, karmią nas, poją i przenocowują, a my jeszcze nic im za to nie płacimy. Trudno pojąć ormiańską gościnność. Ale z drugiej strony to w końcu Hospitality Club. Po prostu rewelacja – nie dosyć
że oszczędność kasy, to jeszcze możliwość poznania miejscowych i ich kultury. A dowiedzieliśmy się nadzwyczaj dużo – o historii, polityce, obyczajach, czy.. dziwnych
rozporządzeniach: np. o północy codzienne przerywają wszystkie programy w TV
i... nadają hymn.
1 maja 2007, wtorek
Plan wyjazdu mieliśmy taki, że najpierw jedziemy do Gruzji, potem zaś wracamy zwiedzać Armenię. Plan o tyle sensowny, że na lotnisku w Erewaniu kupiliśmy 3-dniową wizę tranzytową. Stąd choć smutno było odjeżdżać, spakowaliśmy manatki, pożegnaliśmy się z mega gościnną rodziną ormiańską i ruszyliśmy w kierunku TBILISI. Autobusy z Erewania do Tbilisi jeżdżą dość często, zwłaszcza rano. Podobno funkcjonuje jakiś rozkład jazdy, ale i tak busy odjeżdżają jak się zapełnią. Na szczęście nie musieliśmy długo czekać. Ta przyjemność kosztuje 6500 dram. Sama podróż jest niesamowita: krajobrazy powalają na kolana, aż chce się wysiąść i połazić po bezdrożach, zamiast jechać i jechać bez końca. Mimo 174 km podróż trwa ok. 6-7
godz. Wszystko zależy od humoru celników na granicy, którzy podejrzliwie patrzą na turystów, ale na szczęście nas nie rewidowali i odprawa poszła sprawnie i w ekspresowym tempie dotarliśmy do Tbilisi.
7 maja, poniedziałek
Good bye Gruzja – welcome Armenia. Wracając z Tbilisi na chwilę wylądowaliśmy w Vanadzorze (sami się o to nie prosiliśmy, tylko autobus jechał właśnie tam). Na szczęście za chwilę przesiedliśmy się do marszrutki podążającej nad Sewan (1000 dram). To była hardcorowa podróż –
ponad 2 godz. pokonywaliśmy odległość 50 km rozwalonym gruchotem, który nie miał siły podjechać pod górę (a góry konkretne: droga prowadziła przez przełęcz na wysokości 2100 m). W końcu szczęśliwie dotarliśmy do celu.
Namiar na nocleg znów pochodził z przewodnika Lonely Planet, ale nic się nie zgadzało: brak ciepłej wody, zimno, cena 2 razy wyższa. A że w Sewanie turystów można było szukać ze świeczką.
Zgodnie stwierdziliśmy, że poszukamy ciekawszego noclegu. W końcu wylądowaliśmy w domku kempingowym za śmieszne pieniądze (8 tys. dram/ 4
os.). Miejsce cudowne: cisza, spokój, krajobrazy niesamowite, ośnieżone szczyty dokoła. Chciało się zostać tam na dłużej, zatrzymać czas. Gdyby ktoś zapytał mnie, gdzie zostało moje serce, to zdecydowanie nad Sewanem. Pobyt w takim miejscu rekompensuje wszelkie trudny podróżowania. Istne góromorze, nad którym góruje kościół Sewanawank.
8 maja, wtorek
Półwysep, na którym mieszkaliśmy, miał niesamowity klimat. Oczywiście zerwałam się z samego rana i poszłam na zwiady. Nad wodą rybacy wyciągali sieci, mgły powoli unosiły się w górę, pierwsze wiosenne pędy wyzierały na światło dzienne. Wspięłam się na pobliską górę do kościółka. Już był otwarty. Wewnątrz jest niewielki, cały z kamienia, ze skromnymi zdobieniami, bardzo nastrojowy i nostalgiczny. Niesamowite miejsce. Atmosferę dodatkowo budował rozchodzący się śpiew pary Gruzinów. Stali w pobliżu, Stefan przygrywał na mandolinie, a jego partnerka prześlicznie śpiewała. Od razu oczywiście mnie zaczepili, a słysząc ze jestem z Polski zagrali i zatańczyli (!) krakowiaka, a potem mnóstwo innych narodowych pieśni różnych nacji. Byłam w szoku. Wszystkich zainteresowanych takową muzyka odsyłam na stronkę, gdzie można posłuchać brzmienia ludowych instrumentów muzycznych ( kliknij tutaj ).
Tego dnia wybraliśmy się w pobliskie góry. Jako że nikt nie miał mapy, to po prostu chodziliśmy sobie od szczytu do szczytu, podziwiając okolicę. Zresztą mapa wcale nie jest potrzebna, bo góry nie są zadrzewione. Idzie się od grani do grani, na ile starcza sił i ochoty. Widoki były powalające – turkusowe lustro wody, a wszędzie wokół zaśnieżone szczyty. Rewelacja. Gorzej, jakby nagle niebo zasnuło się mgłą – wtedy mogłyby powstać problemy z
orientacja. Na szczęście nam to nie groziło, więc wędrowaliśmy na azymut i tyle.
Po powrocie skusiliśmy się na obiad w hotelu. Tradycyjnie nie było menu, tylko kelnerka opowiadała co ma do zaoferowania. Gorzej, jak ktoś słabo zna rosyjski, można nieźle się wrobić. Ja nad Sewanem wiadomo, że jadłam co dzień rybkę – reszta wybrzydzała to potem musiała płacić za wymysły. Ryby miały niepowtarzalny, delikatny smak, a porcje giganty.
9 maj, środa
Tegoż dnia planowałam wstać na wschód, ale jak wyjrzałam za okno, to od razu wstawania mi się odechciało. Wszędzie wokół deszczowe chmury, widoczność zerowa. Na szczęście potem niebo nieco się przejaśniło, a my nabraliśmy nadziei, że uda się zdobyć najwyższy szczyt w okolicy. Wynajęliśmy taxi (10000 dram) i pojechaliśmy na drugą stronę jeziora, na półwysep Artanish. Jechaliśmy i jechaliśmy przez pustkowia, w końcu wyrosła przed nami spora góra, zatrzymaliśmy się na tym końcu świata, umawiając się z kierowcą za kilka godzin na podróż powrotną. Szczyt (2460 m) robił wrażenie, że można go zdobyć raz-dwa, jednak szliśmy non stop w górę podejrzanie długo. Wędrówkę dodatkowo utrudniał silny wiatr. Na samym szczycie o leniuchowaniu można było tylko pomarzyć, tak hulało. Widać też za wiele nie było, a zamglone góry i zachmurzone niebo piętnowały wrażenie niedostępności odległych zaśnieżonych szczytów.
Po powrocie pognaliśmy jeszcze na nabożeństwo do Sewanawank. W prawdzie nic a nic nie można było zrozumieć, ale nastrój panował niesamowity. Z pobliskiego seminarium przybyli klerycy i śpiewali przez całe nabożeństwo. Jednak mimo
że to kościół chrześcijański, trudno było doszukać się jakichkolwiek podobieństw do naszego obrządku.
10 maj, czwartek
Nie dosyć że lało cały wieczór i całą noc, to i cały ranek. I nie zapowiadało się, że coś się zmieni. Jedyne pocieszenie to fakt, że w planach mieliśmy przejazd do Erewania. To był zresztą rekordowy dzień pod względem ilości przejazdów marszrutkami – 7 razy mieliśmy
przyjemność korzystać z tegoż środka lokomocji..
Ale po kolei: najpierw dotarliśmy do Sewanu, potem od razu było połączenie do Erewania (9:00). Ze znalezieniem noclegu był spory problem, w końcu wylądowaliśmy w hostelu Envoy (20 USD/os). Ponieważ ciągle lało, postanowiliśmy zostać w Erewaniu. Zła pogoda w stolicy to doskonała okazja do odwiedzenia Muzeum Zagłady. Ogromnie się cieszę, ze udało nam się tam pojechać. Myślę że znacznie łatwiej jest zrozumieć historię Ormian odwiedziwszy to miejsce – to taki Ormiański Oświęcim. Wokół panuje podniosła atmosfera, w okalającym muzeum parku z głośników płynie nastrojowa muzyka, w sercu parku płonie wieczny ogień, a wokół rosną drzewa zasadzane przez przedstawicieli państw, które uznały rzeż turecką za ludobójstwo.
Kolejny punkt dnia to Błękitny Meczet. Miejsce zupełnie inne od wszystkich widzianych w Armenii –
orientalnym stylem nawiązuje do budowli spotykanych u irańskich islamistów. Szkoda, że nie wpuścili nas do środka – jednak z zewnątrz również robi niesamowite wrażenie. Zwłaszcza w szaro-burym Erewaniu, gdzie wszystko zbudowano z wielkiej płyty.
Na koniec dnia marszrutką spod meczetu wybraliśmy się jeszcze do Eczmiadzinu, soboru katedralnego z V w. Jakoś nie powalił nas na kolana - może dlatego, że byliśmy już potwornie zmęczeni. To najświętsze miasto w Armenii, siedziba katolikosa - najwyższego dostojnika duchownego Armenii. Podobno w podziemiach przechowywane są fragmenty Arki Noego, ale nam niestety nie dane było tego zobaczyć. Za to sama katedra jest ogromna, piękna przepięknymi freskami i zdobieniami. Szkoda, że nie została zbudowana na wzgórzu – jak większość innych kościołów ormiańskich, wtedy pewnie robiłaby większe wrażenie.
Wieczorem spotkaliśmy się z naszymi znajomymi – Anami. Opowieści nie było końca, zwłaszcza że przygód mięliśmy bez liku. A że już zdążyliśmy trochę wniknąć w tutejsze klimaty, była doskonała okazja, aby podpytać dziewczyny na różne tematy dotyczące obyczajowości ormiańskiej. A że był to gorący okres wyborczy, to długo debatowaliśmy właśnie o wyborach. Generalnie w Armenii młodzież nie interesuje się polityką, twierdząc że każda z 50 partii startujących w wyborach obiecuje gruszki na wierzbie. Co ciekawe, wiodąca partia startująca do wyborów pod hasłem: „Dla Ciebie, Armenio!”, jako pierwsza ze swoich obietnic podawała silną armię, potem zaś – wyższe emerytury. Łatwo można się domyślić, że ludzie ciągle
boją się inwazji odbijającej Karabach. Drugi poważny problem to niskie zarobki i głodowe emerytury. Jeszcze kilka lat temu rząd płacił 30 USD/mies. Przy cenach niewiele niższych niż w Polsce takie pieniądze to śmiech. Gdyby nie pomoc rodziny, z reguły pracującej gdzieś za
granicą, przeżyć by się po prostu nie dało.
11 maj, piątek
Rano postanowiliśmy, że do końca wyjazdu będziemy nocować w Erewanie, bo to dobra baza wypadowa. Tyle
że przenieśliśmy się w inne miejsce, do emerytowanej profesor ASP (zresztą nocleg z przewodnika Lonely Planet). W sumie to do tej pory nie wiem, skąd taka popularność tego miejsca i czym sugerował się autor przewodnika, żeby polecać takie miejsce. Może nocleg czego sobie, ale kobieta bardzo nieprzyjemna, ciągle tylko zwracała nam uwagę, nie pozwalała korzystać z kuchni, a podczas nieobecność buszowała w naszych pokojach. Poza tym aby przejść do naszego
lokum musieliśmy przechodzić przez jej pokój, co było dość krepujące, zwłaszcza w nocy. Jakoś kompletnie nie pasowała do wizerunku Ormian (może była innej nacji?).
Mimo brzydkiej pogody, wybraliśmy się do KHNOR VIRAP – miejsca, które chciałam odwiedzić od dawna i w zasadzie przyjechałam do Armenii głównie po to, aby tam pojechać. Pierwsza księga Starego Testamentu wymienia zbocza góry Ararat jako to miejsce, gdzie po potopie osiadła arka Nowego: „W końcu arka osiadła na górach Ararat“ (Rdz 8, 4). W prawdzie pogoda była
kiepska, ale ja łudziłam się, że zmieni się na lepsze jak dotrzemy do celu. Niestety z godziny na godzinę było tylko gorzej. Gdy już wylądowaliśmy pod samym Araratem, okazało się ze góry wcale nie widać – mgła totalni zasnuła Świętą Górę Ormian i stojąc 30 km od niej nie sposób było dostrzec nawet jej zarysów. Aż wierzyć się nie chce, żeby pięciotysięcznik mógł się tak sprytnie ukryć. Dobrze, że widzieliśmy go chociaż z Erewania, zaraz po przyjeździe do
Armenii; choć i tak obiecałam sobie, że muszę tu wrócić.
Sam klasztor KHNOR VIRAP wart jest odwiedzin. To cała twierdza, wzniesiona na wzgórzu. W podziemiach klasztoru więziono przez 13 lat (!) św. Grzegorza, który przyniósł chrześcijaństwo na te ziemie. Cela znajdowała się na samym dole mega stromych schodów i w zasadzie kojarzyła się bardziej z wyschniętą studnią niż celą więzienną.
Trudno uwierzyć, że ktoś w takiej ciemnicy spędził aż
13 lat.
Jako że klasztor obejrzeliśmy dość szybko, zrodził się pomysł, aby wdrapać się na pobliską górę.
Tak też i zrobiliśmy. Stamtąd roztaczała się panorama na graniczną rzekę Araks i Turcję. Wrażenie niesamowite, gdy stojąc na ormiańskiej ziemi jednocześnie słychać śpiew muezina. Ale sama Turcja sprawiała wrażenie złowrogie i nieprzyjazne, zwłaszcza że znad granicznych rozlewisk nadciągał wróg nr jeden dzisiejszego dnia – chmary komarów. Już na podejściu dawały nam się we znaki, ale najgorzej było na szczycie. Na dodatek
zrobiło się potwornie duszno i zaczynał kropić deszcz. Szybko
wróciliśmy do drogi, skąd za chwilę zgarnął nas autobus.
Oczywiście w stolicy lało aż do wieczora. Nabraliśmy ochoty na pyszny obiad, aż po długich poszukiwaniach wylądowaliśmy w TAWERNIE. To był najohydniejszy obiad podczas całego wyjazdu, i najdroższy. Na dodatek dla niektórych skończył się tragicznie (czytaj - problemy żołądkowe). Ja na szczęście miałam głowę na karku i jak tylko poczułam się ciut gorzej, pobiegłam po wódkę, rozlałam wszystkim i....pomogło!
Potwierdza się teoria, że najlepszy lek to alkohol );
12 maj, sobota
Dziś w Armenii wybory. Zawsze są w niedzielę, ale ze względu że w tym roku niedziela przypada 13., wybory przeniesiono na sobotę. Cóż za przesądy!
Na szczęście nie było żadnych dziwnych demonstracji czy protestów i mogliśmy pojechać sobie do Asztaraku. Mieliśmy
nadzieję, że chociaż z daleka popatrzymy sobie na zaśnieżone szczyty Aragatsu. Niestety nic nie było widać mimo słonecznej pogody. Trochę nas kusiło, żeby podjechać jeszcze bliżej, aż do twierdzy Amberd, ale jak usłyszeliśmy cenę,
jaką żądał taksówkarz, to od razu nam się odechciało (15 tys.
dram). Zwłaszcza, że wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazywały, że pewnie byłaby powtórka z poprzedniego dnia, czyli widoków zero. Skończyło się na spacerze po miasteczku: wzdłuż wąwozu rzeki, przez zabytkowy średniowieczny most, aż do wzgórza z kapliczką. Miasteczko położone jest na tarasach rzecznych i sprawia wrażenie dość zadbanego, cichego, zupełnie innego niż tłoczna i hałaśliwa, szaro-bura stolica.
Wieczór upłynął na wędrówkach zaułkami Erewania. Jako że już jutro mieliśmy wracać, stąd naszło mnie kilka refleksji na temat tego dziwnego miasta. Na pierwszy rzut oka wszystko tchnie komunizmem: zwłaszcza post-sowiecka
architektura, jednak po dłuższej obserwacji zauważyć
można kilka kontrastów. Szczególnie przygnębiający jest widok przedmieści – szarobure blokowiska, opuszczone fabryki i przedziwne inne budowle, monumentalne gmaszyska i utkane po wszystkich zaułkach slumsy. Z drugiej strony – ludzie wyglądają na bardzo zadbanych, szczególnie Ormianki: śliczne, eleganckie, zawsze umalowane, przemykają ulicami w złoconych szpilkach i strojnych ciuszkach. Wieczorem zaś miasto sprawia wrażenie, jakby nigdy nie zasypiało – nawet w środku tygodnia na ulicach tłumy, a sklepy otwarte nawet o północy.
13 maj, niedziela
Ostatni dzień obfitował we wrażenia. Pojechaliśmy sobie do GARNI (250 dram), gdzie znajduje się antyczna świątynia boga-słońce (nota bene wpisana na listę UNESCO). No i w końcu mieliśmy śliczną pogodę. Zeszliśmy sobie w dół do gigantycznego wąwozu rzeki Azat, wydrążonego w bazaltowych skałach. Podobało nam się niesamowicie.
Następnie złapaliśmy taksówkę do pobliskiego klasztoru GEGHARD (1000 dram). Niby to tylko 10 km i nawet mieliśmy ambitny plan dotrzeć tam pieszo, ale w taki upał odległość wydawała się drakońska. Miejsce przecudne: klasztor wrośnięty w skały, w środku zdecydowanie najpiękniejszy kościół ze wszystkich, jakie widzieliśmy w Armenii. Najbardziej nastrojowy, mogłabym stamtąd nie wychodzić przez pół dnia – snopy światła wdzierały się przez prześwity w wieży i oświecały wnętrze w magiczny sposób. Dodatkowo atmosferę potęgowały palące się naokoło świece i surowe mury, bez żadnych obrazów, zdobień – jedynie uwagę przykuwały chaczary i mozaiki wydrążone w skałach.
Z powrotem nie było żadnych problemów. Załapaliśmy się na stopa do najbliższej miejscowości, skąd już odchodziły marszrutki do stolicy. Wróciliśmy potwornie zmęczeni: upałem, narastającą duchotą, całodzienną wędrówką, wrażeniami. W ekspresowym tempie opuściliśmy naszą kwaterę (zwłaszcza że właścicielka pospieszała nas, jakoby zaraz mieli przyjść następni turyści). Cały wieczór spędziliśmy w już wcześniej sprawdzonej knajpie – przy piwku, toastach i pysznym ormiańskim jedzeniu. Stamtąd o północy wzięliśmy taksówkę (2400 dram) na lotnisko i.. żegnaj Armenio!

|