|










|
|

Pomysł podróży do Czarnogóry zrodził się bardzo spontanicznie, w zasadzie miesiąc przed wyjazdem, wiec czasu na przygotowania było bardzo mało.
Z początku zamierzaliśmy lecieć samolotem, ale poszukiwania tanich połączeń zakończyły się fiaskiem. Kolejny pomysł to autobus, ale okazało się,
ze nie ma żadnych połączeń rejsowych. Na szczęście udało mi się znaleźć biuro podróży organizujące wyjazdy do Czarnogóry (Gandalf Travel).
Biuro to zgodziło się skasować nas tylko za przejazd i to jedyne 399 zł (!!!) w dwie strony. Niestety jak już przyszło do kupowania przejazdu, to stwierdzili,
że przejazd sprzedadzą tylko z pakietem noclegów w Budvie (za 699 zł). Wściekliśmy się okropnie, ale w zasadzie przejazd + 9 noclegów kosztowało podobnie jak bilet
kolejowy, stąd – nie mając już w zasadzie wyjścia – zdecydowaliśmy się na tą propozycję.
10 września 2006
W drogę wyruszyliśmy we dwójkę (ja + mój mąż Michał) bladym świtem, aby z Poznania dotrzeć najpierw do Katowic.
Stamtąd też ruszał nasz autobus. Oczywiście były szopki ze znalezieniem miejsca odjazdu i w efekcie wpadliśmy do autobusu w ostatniej chwili.
Skutek był taki, że zostały najgorsze miejsca (z tyłu). Jak już się rozlokowaliśmy to zaczęłam mieć wizje odnośnie dalszej jazdy: zarzucanie,
problemy żołądkowe, spaliny silnika. Na szczęście kierowca zrobił mały misz-masz wśród uczestników i i udało się zmienić miejsca na nieco bardziej sensowne
(choć tez nie rewelacyjne). Autobus wyruszył punktualnie o 14:00 i podróż przez Polskę minęła w miarę szybko. Zresztą dalsza trasa też – miałam wrażenie,
ze co chwila mijaliśmy kolejne granice: polsko-słowacką, słowacko-węgierską i już o świcie węgiersko-serbską.
11 września 2006
Poranek powitał nas już w Serbii, chłodnym i rześkim powietrzem. Sama Serbia widziana z okien autobusu nie zrobiła na nas dużego wrażenia –
mijaliśmy widziane z oddali malutkie miasteczka, przedziwne budowle przemysłowe, zalesione góry. Wreszcie dotarliśmy do ostatniej granicy – z Czarnogórą.
Tam zatrzymaliśmy się w przygranicznym sklepie, który nie robił dobrego wrażenia: obskurny, brudny, o wąskim asortymencie, z niemiłą obsługą.
W efekcie nic nie kupiliśmy, mając złudne nadzieje, że już za granica to zatrzymamy się w jakimś super miejscu.
Ostatni odcinek podróży był najgorszy – zmęczenie dawało znać o sobie, głowa pękała od non-stop puszczanych filmów, a żołądek podchodził pod gardło na krętych drogach
Czarnogóry. Jednakże wszystko rekompensowały przecudne widoki: jechaliśmy trasą przez Bjelo Polje, Mojkovac i Kolasin, która prowadzi wzdłuż kanionu Tary i Moracy.
Szosa wije się wśród skalistych, niemal pionowych ścian, często prowadząc kilkaset metrów nad korytem rzeki. Droga jest bardzo wąska i zupełnie pozbawiona poboczy,
stąd nawet nie ma możliwości, żeby się zatrzymać na chwilę i podziwiać zapierające dech w piersiach widoki. Dodatkowa atrakcja to trasa kolejowa, która wije się
powyżej drogi, wcina się w stoki górskie i co chwilę zagłębia w tunelach skalnych. Szkoda, że nie mięliśmy okazji przejechać się tą trasą.
Przejazd z Katowic do Budvy zajął nam 26 godzin (z jednym dłuższym przystankiem na kolację na Słowacji) i na miejscu wylądowaliśmy ok. 16:00. Chyba najdłużej jechaliśmy przez
samą Czarnogórę – choć jest malutka, to wąskie i wijące się serpentynami drogi powodują, że auta poruszają się jak żółwie.
Ku przestrodze nieostrożnych kierowców w rowach leży mnóstwo wraków samochodów.
Zakwaterowaliśmy się w 3-piętrowym pensjonacie Villa Montenegro. Jak na nasze wymagania standard super – dostaliśmy dość duży pokój na poddaszu z łazienką i tarasem,
z widokiem na góry. Pobyt w BUDVIE traktowaliśmy jako bazę wypadową do zwiedzania kraju.
W zasadzie niespełna godzinę po przyjeździe siedzieliśmy już na starówce w restauracji Villa Balkan, czekając na pizze.
Żar lał się z nieba, ludzie przemykali nadmorskim bulwarem, a my jedliśmy najpyszniejszą pizzę na świecie i czekaliśmy na spotkanie.
Bowiem w tym samym czasie tajniki Czarnogóry odkrywała moja kuzynka Marta z mężem Waldkiem i kumplem Adrianem. W prawdzie oni już planowali wracać,
ale chcieliśmy spotkać się choć na chwilkę żeby na gorąco podzielili się wrażeniami z pobytu. Wspólnie zagłębiliśmy się w wąziutkie uliczki, szukając przytulnej knajpy.
Miasteczko zrobiło na mnie bardzo pozytywne wrażenie: średniowieczna zabudowa, genialne położenie na grobli wcinającej się w ląd, bujna roślinność z oleandrami,
palmami i cytrusami na czele. Nic dziwnego, ze to najpopularniejszy kurort w okolicy. Choć my w zasadzie nie przepadamy za kurortami, to Budva jest doskonałym
miejscem pobytowym, umożliwiającym zwiedzanie całego kraju – ma świetną siatkę połączeń ze wszystkimi miejscowościami w Czarnogórze.
Wieczór zakończył się niezbyt miłą przygodą. Nasi współtowarzysze mieszkali w pobliskiej miejscowości Sveti Stefan i przyjechali na spotkanie z nami samochodem.
Jednak okazało się, ze w miejscu, gdzie zostawili samochód, auta nie ma. Wybuchła niezła panika. Ja od razu przeraziłam się, że je ukradli.
Na szczęście gościu z pobliskiego parkingu poinformował nas, ze auto odholowała policja na pobliski parking za złe parkowanie.
Oczywiście to złe parkowanie to była wątpliwa sprawa, bo wcale tam nie było zakazu postoju. Samochód faktycznie stał po drugiej stronie ulicy, na odgrodzonym placu.
Za chwile przyjechała policja i .. zaśpiewali mandacik – bagatela jedyne 55 EUR. Oczywiście próbowali się wykłócać, ale nic nie pomogło i musieli niestety zapłacić.
Cóż, podróżowanie własnym autem nie jest do końca takie różowe, jak się z pozoru wydaje.
12 września 2006
Już od samego ranka piękna pogoda zachęcała do ruszenia w teren. W związku z tym po ekspresowym śniadanku ruszyliśmy obejrzeć pobliski monastyr Podostrog w Budvie.
Faktycznie znajdował się całkiem niedaleko naszego pensjonatu, ale zanim się o tym przekonaliśmy, zwiedziliśmy wszystkie pobliskie drogi.
I na dodatek mieliśmy plan miasta! Po prostu ulice, choć mają swoje nazwy, to w rzeczywistości oznaczone są jedynie główne trakty komunikacyjne,
reszty uliczek nikt nie podpisuje. W efekcie żeby trafić do konkretnego miejsca, trzeba nieźle się nakombinować.
Suma sumarum zapytaliśmy się o drogę tubylców i tym sposobem szybko dotarliśmy na miejsce. A było warto – z samego monastyru roztacza się panorama na całą Budvę.
Samo miejsce tez jest bardzo urokliwe i klimatyczne – XV w. budowlę zdobią liczne freski, a całość otacza mur z wieżą obronną.
Następnie zeszliśmy na dworzec autobusowy, aby udać się do KOTORU, położonego na zboczach gór Lovcen.
Busiki w tym kierunku odjeżdżają co najmniej raz na godzinę do późnych godzin nocnych, jednak ze względu na duży ruch łatwo przegapić właściwy busik:
my oczywiście wsiedliśmy nie do tego co trzeba, nasz zdążył odjechać i ... trzeba było czekać w palącym słońcu na następny. Plus był z tego taki,
ze w międzyczasie skoczyliśmy na plażę, aby ekspresowo się wykąpać. Przejazdy może nie są drogie, ale do tanich też nie należą, zwłaszcza na krótkich odcinkach
(niecałe 20 km - 2,5 EUR). Za to widoki na trasie rekompensują wszystko – i żal ogromny się zbiera, że nie ma możliwości zatrzymać się po drodze,
aby rozkoszować się pięknem jedynego fiordu na Adriatyku. Wiadomo, że mogliśmy wysiąść z autobusy, tylko potem byłby ogromny problem z dalsza podróżą:
po pierwsze busiki po drodze mają góra 1-2 przystanki, po drugiej jeżdżą tak przepełnione, ze nie ma szansy się dosiąść.
Zwiedzanie Kotoru rozpoczęliśmy od zdobycia Twierdzy Św. Jana. Wcześniej przemknęliśmy wąziutkimi uliczkami, opustoszałymi ze względu na porę sjesty.
Samo wejście na mury twierdzy jest dość forsujące, a jej położenie na wysokości 260 m to dość myląca informacja (trzeba pamiętać, że startujemy z poziomu morza,
a słońce praży niemiłosiernie). Łączna długość murów przekracza 4 km, a wysokość sięga w najwyższym miejscu 20 m. Mury wspinają się na strome skały wzgórza św. Ivan,
które wieńczy twierdza Kastel. W zasadzie są to jedynie ruiny, ale ja wole tysiąc razy coś takiego – przynajmniej widać ząb czasu. Widoki znów powalają na kolana,
gdzie morze styka się z lądem, zagłębia się niego i tworzy malownicze fiordy. Piękno gór i groza przestrzeni – jednym słowem góromorze.
Nic dziwnego, że miasteczko zostało wpisane na listę UNESCO – mimo licznych wojen i trzęsień ziemi zachowało oryginalną zabudowę, stanowiącą mieszankę stylu romańskiego,
gotyckiego, renesansu i baroku. Zabudowania położne są przy wąskich uliczkach, a całość otaczają średniowieczne fortyfikacje. Polecam wędrówkę po klimatycznej starówce.
Co krok pojawia się jakieś magiczne miejsce lub zabytkowa budowla. Jedyny minus jest taki, ze po południu dzikie tłumy turystów zakłócają przyjemność przemykania się
o magicznych rejonach. Stąd radzę wędrówki o poranku lub podczas sjesty.
Za murami miasta można pospacerować wzdłuż nadmorskiej promenady lub też się wykąpać. Woda jednak była tu podejrzanie zimna i prawie nikt się nie kąpał.
Nie wiem, czy to wynik specyficznego położenia miasta, głębokości morza, czy też może miałam tylko takie wrażenie po wyjątkowo upalnym dniu. w każdym razie kąpiel
znów była ekspresowa i już bez większych przygód wróciliśmy z powrotem do Budvy, aby przygotowywać się do kolejnej wyprawy.
13 września 2006
Wstaliśmy bladym świtem, aby w miarę wcześnie dojechać w DURMITOR. Oczywiście musieliśmy trochę kombinować, bo nie było bezpośredniego połączenia –
stad najpierw przyjechaliśmy do Niksicia, a stamtąd planowaliśmy dojechać do Zabljaka. Sam Niksic to mega nieciekawe miasto, przemysłowe, drugie pod względem
wielkości w Czarnogórze. Na dworcu autobusowym niestety nie było rozkładu (w zasadzie dworzec dopiero się budował, a autobusy zatrzymywały się na pobliskim placu).
Ja wpadłam w panikę, że na pewno będziemy długo czekać na połączenie, ale nie było źle – za jakieś pół godzinki siedzieliśmy już w busiku relacji Niksic –Pljevlja.
We wszystkich busikach zawsze jedzie kierowca z osobą towarzyszącą – cóż, troszczą się, aby przypadkiem kierowca się nie nudził. Poza tym non stop na cały regulator
leci turbofolk – specyficzna muzyka bałkańska, od słuchania której można oszaleć już po kilku godzinach. A jechaliśmy tegoż dnia od 7:00 rano do 14:00
(jakieś 140 km w 7 godzin).
Jak już wytoczyliśmy się z busika w miejscowości DURDEVIC TARA, to głowy nam pękały od tej muzyki i wijącej się serpentynami trasy.
Od razu jakby kamień spadł z serca, bowiem mieliśmy ciągle strach w oczach, jak gościu śmigał nad przepaściami, albo też omijał dziury na drodze.
W każdym bądź razie byliśmy nieźle skołowani, jak w końcu gościu wyrzucił nas na słynnym moście. Sam most w momencie powstania (1940 r.)
był największym mostem łukowym w Europie. Miejsce to niesamowite, trzeba tam koniecznie zawitać. Most ten pojawił się w słynnym filmie Komandosi z Nawaronny
(polecam tym którzy nie widzieli). Ma długość 366 m i wysokość dochodzącą do 172 m - stamtąd Tara wygląda jak ot taka sobie rzeczka.
Aż trudno uwierzyć, ze za kilka kilometrów rzeka wrzyna się w 1300-metrowy kanion. Ja oczywiście wpadłam na genialny pomysł, że musimy zejść do koryta rzeki,
aby zobaczyć jej potęgę i chociaż pomoczyć sobie nóżki. Michałowi średnio podobał się ten pomysł, zwłaszcza ze czuł się niezbyt dobrze.
Ale ja oczywiście uparłam się jak osioł i... ruszyliśmy na poszukiwania zejścia w dół rzeki. Wg opisu z przewodnika po ok. 3 km marszu wzdłuż drogi powinniśmy
byli znaleźć się u podnóża kanionu. Niestety końca wędrówki nie było widać, dojścia do koryta rzeki tym bardziej. Kiedy na drodze pojawił się tunel,
zwątpiliśmy w sens dalszej wędrówki. Ba, nawet pokonaliśmy i ta przeszkodę, lecz za tunelem wcale zejścia nie było.
Cóż było robić, wróciliśmy się na most, bo zamierzaliśmy jeszcze dotrzeć do ZABLJAKA, bazy wypadowej w góry, nota bene najwyżej położonego miasta w Europie
(1450 m). Na dodatek pogoda zaczęła się psuć, a w powietrzu wisiała burza. Przy moście spotkaliśmy Polaków. Od słowa do słowa okazało się, że oni mają bardzo
podobne plany na najbliższe dni. Na dodatek po dotarciu na miejsce zaproponowali nam, żebyśmy skorzystali z tej samej kwatery co i oni (5 EUR/os.).
Oczywiście do razu przystaliśmy na propozycję, zwłaszcza że cena noclegu była bardzo atrakcyjna, znajdował się 3 min. od przystanku i na dodatek zaczął padać deszcz.
Poza tym rozmawiało się nam bardzo dobrze i od słowa do słowa zaczęła się nasza znajomość z Kasią i Przemkiem.
Wieczór zapowiadał się bardzo ciekawie, jedynak popsuły go problemy żołądkowe Michała. Ruszyliśmy na obiad, ale jedynie ja na tym skorzystałam.
Michał czuł się gorzej z godziny na godzinę i nie pomógł tutaj nawet kieliszek wódki. Musiało to wyglądać nader śmiesznie – ja objadam się Przysmakiem Durmitoru,
a obok mnie siedzi gościu i popija samą wódeczkę. W związku z tym szybko wróciliśmy na kwaterę, gdzie cały wieczór trwały żołądkowe sensacje.
Najdziwniejsze jest to, że poprzedniego dnia nie jedliśmy normalnego obiadu w knajpie, a jedynie omlety (takie same zresztą).
Poza tym ja czułam się całkiem dobrze. Wniosek: nie ważne, jak będziesz zważał na to, co jesz – jeśli zatrucie ma ciebie chrapkę, nie uda ci się przed nim uciec.
14 września 2006
Na szczęście rano Michał czuł się już nieco lepiej i zdecydowaliśmy się ruszyć w góry (jak później się okazało była to zbyt pochopna decyzja).
Plan nieco zmodyfikowaliśmy, bowiem zamiast ruszać na najwyższy szczyt Durmitoru, postanowiliśmy zdobyć SAVIN KUK (2313 m n.p.m.).
Z przewodnika wynikało, że to niezbyt trudna trasa, ale woleliśmy sprawdzić to na własnej skórze. Oczywiście potem okazało się, że w przewodnikowym
stwierdzeniu było niewiele prawdy.
Ruszyliśmy w trasą bladym świtem, spod przystanku autobusowego w Zabljaku. Dość szybko dotarliśmy do pierwszego punktu kontrolnego, mianowicie nad
Jez. Czarne, gdzie swój początek ma większość szlaków. Pogoda była cudna: poranne mgły opadały na taflę jeziora, a pierwsze promienie słoneczne migotały zza szczytów gór.
Uroku dodawało babie lato i wszechobecna rosa. Dla takich chwil warto znosić wszelakie trudy górskich wędrówek.
Dalej nasz szlak prowadził lasem, aż do polany przy dolnej stacji wyciągu krzesełkowego. Część trasy na Savin Kuk można pokonać kolejką
(podobno wyciąg jest uruchamiany jeśli zbierze się minimum 10 osób), jednak my nie zamierzaliśmy korzystać z wyciągu. Zresztą podejście z dołu nie wydawało
się wcale trudne. Niestety było to złudzeniem – wędrówka po wapiennym piargu i osuwiskach kamiennych to istny koszmar. Na dodatek szybko zgubiliśmy szlak i poruszaliśmy
się w górę na oślep. Po jakimś czasie jednak poszliśmy po rozum do głowy: wędrówka na czuja może skończyć się tym, ze tuż przed szczytem pojawi się jakaś przeszkoda,
której nie będziemy w stanie pokonać. Najpierw chcieliśmy się wracać, ale za nami był zbyt długi odcinek, aby to miało sens. Stąd na własną rękę rozpoczęliśmy
poszukiwania szlaku – skutek był taki, że wleźliśmy na jakąś przełęcz, skąd trudne było gdziekolwiek indziej się przedostać. Zdesperowani, zrobiliśmy kolejny odwrót.
Powróciliśmy więc na wapienne osuwiska, gdzie spotkaliśmy naszym współmieszkańców. Oni oczywiście też zgubili szlak. Wiadomo że co 4 głowy to nie 1,
stąd nabraliśmy otuchy i ruszyliśmy na oślep na podbój Savin Kuka. Po jakieś godzince wspinaczki natknęliśmy się w końcu na szlak (biało-czerwone kropki).
Stamtąd już poszło gładko – ścieżka doprowadziła nas do źródełka Savin Voda, a później na sam wierzchołek.
Widok ze szczytu rekompensuje włożony wysiłek w zdobycie szczytu. Radość była ogromna, choć zmęczenie zaczęło dawać znać o sobie i przerażała wizja powrotu.
Zwłaszcza Michał czuł się wyjątkowo źle twierdząc, że nie ma sił na powrót. Jedynym pocieszeniem była wizja zejścia do połowy stoku i zjechania kolejką.
Na szczęście kolejka działała i po kilku minutach staliśmy już na samym dole. Niestety aby dotrzeć do domu, czekały nas jeszcze ponad 2 godz. wędrówki.
W sumie całodzienna wyprawa zamiast 7 godz. (jak podawał przewodnik), zajęła nam blisko 10 godz. Niezła obsuwa...
15 września 2006
Tego dnia mieliśmy ambitny plan – zdobyć BOBOTOV KUK, najwyższy szczyt DURMITORU. Pobudka jeszcze o zmroku i szybka decyzja – wyjścia w góry w składzie
3 osobowym, bez Michała, który czuł się niezbyt dobrze. Chmury na niebie niestety nie wróżyły nic dobrego, ale mieliśmy cichą nadzieję na przejaśnienie.
Za 20 EUR brat naszej gospodyni zgodził się podrzucić nas na przełęcz Sedlo (1907 m), skąd prowadzi najkrótsza i najprzyjemniejsza trasa na szczyt.
O 7:40 gościu wyrzuciła nas na przełęczy i.. odjechał. Nie było już odwrotu. Zwłaszcza że droga, którą przyjechaliśmy, w zasadzie prawie nikt nie jeździ
(choć nosi mylącą nazwę – COUNTRY ROAD). To żwirówka wręcz nieprzejezdna dla samochodów osobowych, z dziurami co krok, silnie eksponowana.
Na przełęczy roztaczał się niesamowity widok na tą trasę. Jednak postój był króciutki, bo wiało niemiłosiernie, było cholernie zimno, a nas czekał długi szlak.
Szybko ruszyliśmy w górę, szybko też zaczęliśmy nabierać wysokości. Szło się całkiem dobrze, szlak był nadzwyczaj dobrze oznakowany.
3 godzinki minęły nie wiadomo kiedy, a my znaleźliśmy się na przełęczy pod samym szczytem. Ostatnie uderzenie nie należało do łatwych –
mgła, przeszywający wiatr, zimno, duże ekspozycje. Ale udało się! Po pół godzince już cykaliśmy fotki na górze, wpisywaliśmy się do pamiątkowej księgi i cieszyliśmy się
jak dzieci. Zwłaszcza, że tego dnia jako pierwsi zdobyliśmy szczyt.
Na zejściu spotkaliśmy pierwszych turystów – 4 Czechów, którzy później odegrali dużą role podczas naszych przygód.
Za przełęczą niestety zaczęła się ta gorsza część wędrówki – szlak prowadził ostrym zboczem, cały czas po piargu i ostrych kamieniach.
Gdyby nie kijki trekkingowe, byłoby naprawdę ciężko. Zwłaszcza że i tak co chwilę ktoś z nas wywalał się lub zsuwał kilka metrów w dół.
Najgorsze, że po 3 godz. monotonnej wędrówki w dół mieliśmy wrażenie, że od przełęczy oddaliliśmy się zaledwie kawałeczek.
Na dodatek Przemek rozwalił sobie kolano i przez to szliśmy znacznie wolniej.
W końcu udało nam się nieco oddalić od Bobotova, a trasa zrobiła się dość przyjemna – trawersowała po stoku Oblej Glavy.
Tam tez wpadliśmy na pomysł, aby nieco zboczyć ze szlaku i obejrzeć jaskinię LEDENA PECINA. Podejście wyglądało całkiem niegroźnie,
jednak szliśmy coraz wyżej i wyżej i niepostrzeżenie znaleźliśmy się na wysokości 2303 m. Ale było warto, bo jaskinia jest potężna (40x30 m),
a formy naciekowe robią niesamowite wrażenie. Zejście było bardzo trudne, bo strome i pokryte zbitym śniegiem. Szybko zrezygnowaliśmy ze schodzenia na sam dół,
bo nie mieliśmy ku temu sposobnego sprzętu. Przemek wycofał się już na samym początku i ruszył na szlak, aby nieco przyśpieszyć wędrówkę
(kontuzja coraz bardziej dawała się we znaki). My miałyśmy go dogonić za chwilę. Ja wpadłam jeszcze na genialny pomysł zrobienia kilku zdjęć na statywie
i zupełnie zostałam w tyle. Jeszcze dla pewności dopytałam się, czy będą schodzili szlakiem, gdzie był napis Zabljak. Oczywiście puenty łatwo się domyślić –
zeszliśmy zupełnie innymi szlakami – zresztą mojego wcale nie było na mapie. Zorientowałam się w sytuacji dopiero po jakiejś pół godzince –
wcześniej goniłam ich i goniłam, nie mogąc się nadziwić ze tak daleko odeszli. Trochę się wahałam czy się wracać, jednak jak sobie obliczyłam,
że godzinę będę miała w plecy, to stwierdziłam że nie ma sensu, bo nie zdążę zejść z gór przed zmrokiem. Najgorsze było to, ze nie miałam
jak zawiadomić moich współtowarzyszy.
Na szczęście zarówno oni, jak i ja, mieliśmy mapy. Tu trzeba dodać, że zakup mapy w Zabljaku to nie lada wyzwanie – nam nie udało się jej spotkać w żadnym sklepie:
Kasia i Przemek mapę wydrukowali sobie z netu (możesz pobrać ją tutaj), ja zaś pożyczyłam od kumpla, który poznawał tajniki Durmitoru 2 lata wcześniej.
Ja swoją mapę włożyłam do etui aparatu, aby mieć ją stale pod ręką. Pech chciał, że nie wiadomo kiedy i jak wiatr porwał mapę,
a ja zorientowałam się o tym dopiero na samym dole. Wtedy ogarnęła mnie panika: nie dosyć że byłam daleko od wioski, sama, zmęczona, to jeszcze nie miałam mapy.
Na szczęście przy szałasach pasterskich dostrzegłam dziadka, któremu po chwili opowiedziałam swoją przygodę (spokojnie można się porozumieć, gdy każdy mówi po swojemu),
okazał się, że on zaraz będzie schodził do wioski i że mogę się z nim zabrać. Oczywiście przystałam na propozycję. Tyle że „za chwilkę” w ustach osoby, która w górach
spędziła ostatnie 3 miesiące, może oznaczać zupełnie coś innego. Jak już minęła godzina, zaczęłam się niepokoić. Jednak bez sensu było o zmroku, ruszyć samotnie
(i bez mapy). W końcu dziadek załadował cały swój dobytek na konia i ruszyliśmy. Po chwili spotkaliśmy Anglików, którzy od razu zaczepili mnie i powiedzieli,
że właśnie minęli dwójkę Polaków szukających zagubionej dziewczyny w niebieskim polarze. Szybko ich dogoniłam – radość ze spotkania trudno opisać słowami.
Po chwili poznałam ich historię: byli przekonani, że wpadłam do jaskini, wrócili tam i mnie szukali, jak zresztą i inni ludzie na szlaku.
Na szczęście Czesi, których minęliśmy rano pod szczytem, widzieli mnie jak maszerowałam samotnie zupełnie w drugą stronę. Stąd wszyscy myśleli,
że po prostu się zgubiłam. Dobrze, ze udało nam się spotkać jeszcze na szlaku, bo moi współtowarzysze bali się najbardziej spotkania z Michałem i wyznania,
że zgubili mnie w górach. Na szczęście przygoda dobrze się skończyła, i wieczorem przy winku wspominaliśmy ja ze śmiechem.
16 września 2006
Good bye Durmitor – ruszamy z powrotem do Budvy, jednak po drodze planowaliśmy zobaczyć MONASTYR OSTROG. Znów pobudka na busik o 7:15
(oczywiście nigdzie nie było rozkładu, a godz. odjazdu podała nam nasza gospodyni), który wyrzucił nas przy trasie NIKSIC-PODGORICA,
przy skrzyżowaniu prowadzącym do monastyru, jakieś 10 km od celu naszej podróży. A że na rozdrożu stała taksówka, to za 2 EUR/os
(do podziału na 4 osoby) dotarliśmy na miejsce.
Sam monastyr OSTROG to biały punkt zawieszony w skale, widoczny już z odległości 50km. Wybudowana jest tylko ta biała fasada, reszta jest wykuta bezpośrednio w skale.
Prowadzą do niego ostre serpentyny przecinające górę. Wszystkie pojazdy zatrzymują się u podnóża dolnego monastyru, zaś do górnego wiedzie kręta droga,
która jest równocześnie zwieńczeniem pielgrzymki. Mnóstwo pielgrzymów – kobiety w białych chustkach i długich spódnicach, wielu ludzi z tobołami
odpoczywało w podcieniach domu pielgrzyma. A dzień to był wyjątkowo duszny i podejście zmęczyło nas potwornie
Ale warto było – miejsce to magiczne, największy ośrodek kultu prawosławia na Bałkanach.
Na placu pod samym monastyrem koczowało mnóstwo pielgrzymów – podobno tego dnia było doroczne święto i wierni zjeżdżali się na noc.
Stąd aby wejść do kościoła staliśmy w kolejce blisko godzinkę. Do krypty wchodzi się pojedynczo przez bardzo niskie drzwi,
a więc w pokłonie pełnym czci, a kapłan podsuwa do ucałowania ikonę Św. Bazylego. Święty ten wybudował monastyr w miejscu, które każdy mógłby zobaczyć,
ale osiągnąć tylko ten, któremu Bóg pozwoli.
Później zeszliśmy w dół do dolnego monastyru, skąd rzekomo rozciąga się piękny widok na góry. Niestety dzień był mglisty i pochmurny.
Zaczęliśmy zbierać się do powrotu. Naiwnie zaczepiałam kierowców licząc na stopa, ale nikt nie chciał nas zabrać.
Oczywiście musieliśmy wziąć taksówkę do głównej magistrali – tym razem już liczyli sobie 8 EUR i to po wielkich pertraktacjach
(kierowca jechał tak brawurowo, ze chyba wolałabym zapłacić więcej i czuć się bezpiecznie). Na skrzyżowaniu zaczął siąpić deszcz,
a przed nami rozpościerała się perspektywa nie wiadomo jak długiego oczekiwania na autobus. Ale tym razem mieliśmy odrobinę szczęścia:
szybko złapaliśmy stopa do samej PODGORICY. Gościu wyrzucił nas na przedmieściach i przy okazji mogliśmy zobaczyć z bliska stolicę Czarnogóry.
Dość szybko ochrzciliśmy ją najbrzydsza odwiedzoną przez nas stolicą i ... powędrowaliśmy w stronę dworca. Autobus do Budvy udało się złapać od razu
i na wieczór byliśmy na miejscu. Już po drodze zaczęło padać, w nocy zaś okazało się, że to nie jakiś tam deszczyk, tylko potworna burza.
17 września 2006
Niestety rano wcale nie przestało grzmieć ani padać. Co więcej – miałam wrażenie ze pada coraz mocniej i mocniej. Trochę się miotaliśmy,
co robić dalej, bo nie chciało nam się siedzieć w Budvie, i szybko postanowiliśmy, że jedziemy do Ulcinj. Oczywiście żeby wyjść na miasto,
czekaliśmy na poprawę pogody. W końcu doszliśmy do wniosku, ze takie czekanie nie ma sensu. Na dworcu okazało się, że połączenia do Ulcijn
są beznadziejne i że nie ma sensu tam jechać, a w zasadzie nie ma sensu gdziekolwiek
jechać w taką ulewę (zwłaszcza że już zdążyliśmy przemoknąć).
Suma sumarum zostaliśmy w Budvie, aby trochę powłóczyć się nad morzem i po starówce. Na koniec wylądowaliśmy na przepysznym obiadku –
czarnogórskiej specjalności: pleskavicy (fura mięsa, kilka frytek i surówki jak na lekarstwo). Zaś resztę wieczoru spędziliśmy przy piwku ze znajomymi Polakami.
18 września 2006
To była sądna noc – tym razem mnie chwyciły bóle żołądkowe i trzymały do rana. Następnego dnia pogoda wcale się nie poprawiła, moje samopoczucie także.
Jednak postanowiłam być twarda, zaaplikowałam sobie lekarstwa i ruszyliśmy na dworzec, aby udać się do HERCEG NOVI.
Autobus jechał prawie 2 godz., choć odległość to niewielka. Ledwo przetrwałam podróż – było mi potwornie niedobrze.
Na miejscu jakoś nie miałam siły na zwiedzanie. Zresztą jak tylko dotarliśmy do starówki znów zaczęło potwornie lać.
Schroniliśmy się w pobliskiej knajpce i przesiedzieliśmy w niej sporo czasu czekając na cud. Cud wprawdzie się nie zdarzył ale nieco się rozjaśniło i poszliśmy
na spacer wzdłuż nadmorskiej promenady. Oczywiście musieliśmy się co chwilę zatrzymywać, bo ja nie miałam siły na nic.
W końcu stwierdziłam, że moim największym marzeniem jest powrót do naszego pensjonatu. Na szczęście wróciliśmy bardzo szybko, bo tym razem busik skrócił drogę o połowę -
przepłynął w miejscowości Kamenali promem.
20 września 2006
Ostatni dzień upłynął nam bardzo leniwie – mając perspektywę jazdy autobusem przez kolejne 2 noce stwierdziliśmy, że nigdzie nie będziemy jeździć i pozwiedzamy okolicę.
A że w końcu się przejaśniło, to ekspresowo się spakowaliśmy i za chwile byliśmy już na plaży. Oczywiście po kąpieli nie było nam w głowie opalanie – zrodził się pomysł
na spacer w kierunku Sv. Stefana (ja nawet łudziłam się, że uda nam się tam dojść). W międzyczasie znów zaczęło padać, ale tylko przelotnie, więc tym razem pogoda
nie popsuła nam planów. Doszliśmy aż do RAFAJLOVICI – piaszczystej i przestronnej plaży. Niestety dalszą wędrówkę uniemożliwiły nam skały. Toteż wróciliśmy z powrotem
do Budvy, na sprawdzoną pierwszego dnia pizzę. Oczywiście po drodze zlał nas deszcz.
Sama podróż powrotna była koszmarem, jechaliśmy inna trasą, przez Chorwację, Słowenię, Austrię i Słowację. Droga okrutnie kręta i męcząca.
Poza tym jedna noc w autokarze da się przetrwać, druga to koszmar. W prawdzie mogliśmy wieczorem wysiąść w Katowicach, ale nie było już żadnego połączenia do domu.
A przez Polskę tłukliśmy się kolejną noc, aż do Warszawy. W końcu szczęśliwi przesiedliśmy się na pociąg, gdzie spotkał nas kolejny paradoks –
kupiliśmy miejscówki bez wskazania miejsca i co chwilę trzeba było się przesiadać, bo ktoś nas wyrzucał ze swojego miejsca.
Cóż, podróże mają również swoje złe strony.

|