1 maja 2007, wtorek
Do stolicy Gruzji dotarliśmy poranną marszrutką z Erewania. Czuliśmy się na początku trochę zagubieni. Bus wyrzucił nas na dworcu Ortadzala, na przedmieściach, które nie mieściły się na naszej mapie. Zaczęliśmy nawet szukać planu miasta, ale bezskutecznie (nota bene przez cały wyjazd nie udało nam się kupić żadnej mapy). Na początku ciężko było się odnaleźć: napisy w ichnim języku, mnóstwo naciągaczy, nieznana okolica. A że mieliśmy namiary na nocleg, to zdecydowaliśmy się na taxi: i dobrze, bo koszt to śmieszny, a sami w nijaki sposób byśmy nie znaleźli. nawet taxi kluczyliśmy po zatłoczonych uliczkach miasta, obserwując chaotyczny ruch uliczny. Zadziwiające jest, że ludzie jeżdżą tam jak chcą, a wypadków jakoś nie widać. Przejście przez ulicę to nie lada wyzwanie, a sygnalizacja świetlna to tylko niepotrzebna zmyła, bo i tak każdy jeździ na własną modłę.

W końcu krążąc po wąziutkich uliczkach, dotarliśmy pod kultowy adres. Kultowy, jako że właścicielka Irina przyjmuje gości z całego świata. Zastanawiające, w jaki sposób to niepozorne aczkolwiek duże mieszkanie trafiło do przewodnika Lonely Planet. Fakt faktem teraz kobita nie może opędzić się od gości, a za nocleg też słono sobie życzy ( w wieloosobowym pokoju 20 lari/noc). Ale to super miejscówka: w centrum miasta, czysto i przyjemnie, międzynarodowe towarzystwo. Sama zaś Irina pomoże we wszystkim, daje namiary na noclegi w innych miastach i... promuje Gruzję wręczając na koniec pobytu płytkę CD o tym niesamowitym kraju (sic!). To się nazywa fachowe podejście(; Od Iriny szybko można dotrzeć do centrum (pieszo lub metrem). Oczywiście my jako kolekcjonerzy metr wybraliśmy to drugie. A cena jest tak niska (20 tetri), że aż grzech poruszać się pieszo.

Centrum robi niesamowite wrażenie – obok monumentalnych budynków, znajdują się nowoczesne, a tuż za rogiem – rozpadające się rudery. Tbilisi położone jest w krętym, otulonym wzgórzami wąwozie rzeki Kury. Słynie z balkonów – kolorowych, frezowanych w drewnie, zdobionych i korowych. Faktycznie oryginalne i ładne. Dla mnie najciekawsze ze zwiedzania miast są wędrówki wąziutkimi brukowanymi uliczkami, wtapianie się w otoczenie, poznawanie klimatu, obserwacja ludzi. A jak jeszcze po drodze napatoczy się jakiś zabytek, to już w ogóle jestem szczęśliwa. A w Tbilisi jest takowych cała masa. Choć muszę dodać, że zdecydowanie najlepsze widoki roztaczają się ze wzgórza Narikała. Całe miasto jak na dłoni: zabytkowe kościółki, meandry rzeki Kury, slumsy kontrastujące z monumentalnymi budowlami. Rozpięte w dolinie miasto tętni życiem. Miejsce to warto odwiedzić zwłaszcza o zachodzie słońca, kiedy skrzy się w promieniach. 

Zaraz pod twierdzą znajdują się gorące źródła siarkowe. Polecam wszystkim miłośnikom łaźni. My długo tam nie wytrzymaliśmy, bo było potwornie gorąco i duszno, a woda jak ukrop. Do tego jeszcze specyficzny zapach siarki (a raczej smród). Ale Kuba z Danusią byli dzielni i wytrzymali prawie godzinkę. Oprócz pobytu w zbiorowej łaźni można sobie wynająć kabinę 2 lub 4 osobową (godz. od 5 lari/os.). Spróbować warto, bo doświadczenie ciekawe. A kąpiel rozgrzewa konkretnie, relaksuje i odpręża. Chętnych na to było sporo.



2 maja 2007, środa
Azymut Kaukaz. Wszyscy nie mogli się już doczekać widoku zaśnieżonych pięciotysięczników. Po porannej pobudce w miarę sprawnie dotarliśmy na dworzec autobusowy, skąd rzekomo miał jechać bus do Kazbegi. Oczywiście było mnóstwo taksiarzy, którzy wszelkimi sposobami starali się nas namówić na swoje usługi, ale byliśmy twardzi. W końcu wędrując między tysiącami straganów odnaleźliśmy marszrutkę jadącą w obranym przez nas kierunku. Tyle że kierowca nie potrafił powiedzieć, o której odjedzie. W efekcie czekaliśmy, aż busik się napełni ponad... 1,5 godziny. Była przynajmniej okazja poobserwować ludzi i wczuć się w gruziński klimacik. A było co obserwować: ludzie handlowali dosłownie wszystkim, na straganach nie brakowało surowego mięsa czy bimbru w butelkach po coli. Cóż, trzeba sobie jakoś radzić (;

Jak już w końcu ruszyliśmy, można było puścić wodze fantazji. Szybko powstał plan na popołudnie, już każdy cieszył się, że jeszcze dziś wyjdziemy choć na chwilę w góry. Jednak radość nasza była przedwczesna. Im byliśmy wyżej i bliżej celu, tym pogoda robiła się gorsza. Szybko zaczął padać deszcz, a po 2 godzinkach jazda się skończyła. Stanęliśmy przed przełęczą w Gudauri, bo droga była zamknięta przez policję. Okazało się, że przed chwilą zeszła lawina (!) i że przejazd zostanie otwarty dopiero późnym popołudniem. Miny nam zrzędły, ale nie mieliśmy wyjścia i trzeba było czekać. Zwłaszcza że non stop padał deszcz ze śniegiem, było zimno, a góry zasnuły się mgłą. Więc siedzieliśmy dobrych kilka godzin w marszrutce, łudząc się że może za chwilę pojedziemy. Cóż, przecież to Kaukaz, a nie byle sobie góry.

W końcu policja dała sygnał że można jechać i ruszyliśmy do przodu. Wszyscy mieli strach w oczach, bo nieczęsto jedzie się przez lawinę. Niby droga była przeczyszczona ratrakiem, ale i tak dziwiliśmy się, że ciągle jedziemy do przodu, a nie tkwimy w jakiejś zaspie. Wokół leżały przeogromne zwały zbitego śniegu, a deszcz ciągle padał i padał.

W końcu dotarliśmy do celu. Kazbegi, położone na wysokości 1797 m. n.p.m., oddalone jest od Tbilisi o 153 km. Niby niewiele, ale wydawało się że to koszmarnie daleko. Mieszka tu ponad 4 tys. mieszkańców, którzy żyją nie wiadomo z czego - od czasu zamknięcia granicy z Rosją możliwości nie ma tu zbyt wiele. Na zimę duża cześć emigruje w inne tereny, bo przez kilka miesięcy wioska jest zupełnie odcięta od świata przez lawiny. Życie tu to prawdziwa walka z żywiołem.

Na szczęście nocleg nagrała już nam Irina, więc nie trzeba było się chociaż o to martwić. Już zmierzchało, jak trafiliśmy na kwaterę. Chmury na chwilę rozwiały się i spomiędzy nich nieśmiało wyzierały szczyty. Niesamowite wrażenie. Z okna mieliśmy powalający widok za całe miasteczko i - jak się okazało następnego dnia – na góry. Szybko zapomnieliśmy o trudach podróży, gdy gospodyni uraczyła nas przepysznym obiadem, a nocujący u niej Słowacy wyciągnęli butelkę śliwowicy. Dla takich chwil warto znosić wszelkie trudy podróży.

3 maja 2007 czwartek
Pogoda znowu spłatała nam psikusa. Wystarczyło wyjrzeć za okno i od razu miny rzędły: mgła, śnieg i zimno. Zupełnie nie przygotowaliśmy się na takie warunki. Wszystkim odechciało się wychodzenia na zewnątrz, toteż zdecydowaliśmy poczekać na lepszą pogodę. Ja to nadziei na poprawę nie miałam, ale cóż - cuda się zdarzają. 

Mimo że pogoda wcale się nie poprawiła, ruszyliśmy na podbój Kaukazu. Planowaliśmy dotrzeć jedynie do kościoła Tsaminda Sameba, co okazało się nie lada wyczynem. Zgubiliśmy się już na początku: śnieg sypał konkretnie, mgła ograniczała widoczność do kilku metrów, a celu jak nie było widać tak nie było. Trochę kluczyliśmy, aż wreszcie ni stąd ni zowąd okazało się, że jesteśmy tuż obok, na wysokości 2170 m. Pop otworzył nam kościół, obejrzeliśmy ikony, po czym zrobiliśmy w tył odwrót, bo wszyscy byli nie lada zziębnięci. 

Na zejściu nagle zaczęło się przejaśniać i po chwili zza chmur nieśmiało wyłaniały się szczyty górskie. Najpierw powoli i niemrawo, później hurtem. Widok był niesamowity – góry sięgające nieba, skąpane w wiosennym słońcu. Pogoda zmieniała się jak w kalejdoskopie, a my co chwila zatrzymywaliśmy się, by nasycić oczy widokami. Od razu odechciało się powrotu i zeszliśmy z trasy, by jeszcze trochę powłóczyć się dziwnymi ścieżkami. Widoki robiły niesamowite wrażenia, wręcz piorunujące – swoim ogromem i potęgą, majestatem i wyniosłością. 

4 maja 2007, piątek
Rankiem wybraliśmy się w Kanion Darialski. Nie jest to daleko od Kabegi, ale dostać się tam to nie lada wyczyn. To prawdziwy koniec świata – miejsce, gdzie przebiega granica Gruzji i Rosji (a w zasadzie Czeczenii). Granica zamknięta, na której patrolują żołnierze z kałasznikowami. Aby tam dotrzeć, najlepiej wynająć jakiegoś kierowcę. Nas zgodził się dowieźć do celu sąsiad (35 lari). Wpakowaliśmy się do landrovera i po chwili już byliśmy w kanionie. Miejsce niesamowite: droga kręta i kamienista, narażona na lawiny kamienne. Przepaści co chwilę takie że oczy z wrażenia trzeba było zamykać. Kanion emanował pustką, ogromem i dziewiczą przyrodą. Ściany sięgające nawet 1800 m schodziły do koryta rzeki Terek. Aż strach pomyśleć, co by się stało, gdybyśmy tu zostali odcięci od wioski – z jednej strony zamknięta granica, z drugiej potężny Kaukaz. Na granicy wbrew naszym obawom jest bardzo bezpiecznie. Budują tam gigantyczny kompleks cerkiewny zgodnie z wizją, że na każdej granicy gruzińskiej powstanie taka sama cerkiew i przyjezdni od razu będą wiedzieli, że wjeżdżają do kraju prawosławnego. Po placu budowy oprowadził nas pop, który z ogromnym zapałem opowiadał o historii powstania świątyni i innych z tym związanych legendach. 

Po powrocie do Kazbegi zabraliśmy swoje manatki i udaliśmy się na przystanek. Niestety okazało się, że ze względu na lawiny marszrutki nie jeżdżą. Co było robić – wzięliśmy taxi do samego Kazbegi (60 lari). Za daleko jednak nie dojechaliśmy, bo w pobliskiej wiosce Kobe policja postawiła szlaban i ogłosiła alarm lawinowy na kolejne 3 godz. Jakoś zbyt mocno się nie zdziwiliśmy, przynajmniej była okazja zobaczyć typowo nieturystyczną miejscowość. Wioska ta wyglądała jakby przeszedł tam właśnie front (zresztą jak większość wiosek w Gruzji, również turystyczne Kazbegi). Domy to istne rudery, nigdy nie remontowane i kompletnie nie zadbane. Wyglądają, jak opuszczone, a drogi z mega dziurami i najczęściej nieprzejezdne samochodem osobowym (stąd najpopularniejsze są pojazdy z napędem na 4 koła). Czasem z ruin wyłania się postać Gruzina, z papierosem w ustach i uśmiechem na twarzy. Nigdy się nie spieszy, stoi sobie oparty o mur i zerka ukradkiem. Na drogach zaś łatwiej spotkać krowę lub świnię niż jakikolwiek pojazd. Nic dziwnego, ludzie są biedni a wypas zwierząt to w górach podstawowe źródło utrzymania. Dla nas był to widok przerażający, wszystko jak po bombardowaniu, kompletnie nie zadbane. Nawet jeśli zamieszkane. Bieda widziana na każdym kroku przerażała, później zaś paraliżowała i skłaniała do refleksji nad jej przyczyną i szansą odmiany.

W Kobe spędziliśmy jeszcze sporo czasu (z 3 godz. zrobiło się 5). Głównie w obskurnej budzie zwanej Kafe. Za to jak już ruszyliśmy, widoki były niezapomniane. Taksówkarz okazał się spoko kolesiem, nawet zatrzymał się przy platformie widokowej Gudauri. Nigdy jeszcze nie widziałam takiej potęgi gór – czułam się jak na wyprawie na Everest: wokół białe, groźne i całkowicie ośnieżone szczyty gór, a my niczym mrówki dzielnie walczące z żywiołem. W ogóle nie chciało się wracać..

Potem zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilę przy twierdzy Annanuri, ale jakoś nie zrobiła na nas wrażenia. Zresztą, co może zadziwić po taaakich górach? Było już w sumie późno, szarawo a i zmęczenie dawało się we znaki. Wszyscy marzyli o powrocie do Tbilisi i słodkim śnie u Iriny.

5 maja, sobota
Wczoraj wysokie góry, dziś – półpustynne klimaty. Aż kołowrót robi się w głowie od nadmiaru wrażeń. Traf padł na Dawid Garedża – klasztor wykuty w skale w VI w. Znów wylądowaliśmy na dworcu Didube w Tbilisi, gdzie taksiarz obiecał nas dowieźć do celu za 80 lari. I choć jazda taksówkami nie jest w naszym stylu, to wyjścia nie ma – to jedyna możliwość dotarcia do celu.

Droga była wyjątkowo fatalna; na dodatek szybko zorientowaliśmy się, że nasz kierowca nie zna zupełnie drogi. Wkurzał się przeraźliwie, bo był tam kawał nieziemski, na dodatek w większości po polnej drodze, gdzie nawet nie było kogo zapytać się o kierunek. Jak już się nawinęła jakaś kobieta, to ani w ząb po gruzińsku nie mówiła. To tereny przygraniczne, gdzie mieszka dużo Azerów, tworzących swoje enklawy. Jechaliśmy i jechaliśmy bez końca, przez coraz większe odludzia. Na dodatek co chwila gotowała się woda w chłodnicy i trzeba było robić przymusowe przystanki. W końcu gościu wpadł na genialny pomysł, że uzupełni niedobór wody deszczówką z ... kałuży. Byliśmy w szoku. Autko nieźle się zmasakrowało na tych wybojach. Co chwilę mieliśmy wrażenie, że nie wytrzyma w walce z wyrwami. Ale udało się i szczęśliwie dojechaliśmy do klasztoru.

Miejsce zrobiło na nas ogromne wrażenie; klasztor jest bardzo rozległy, dobrze zachowany, otoczony półpustynnymi wzgórzami. Panował tam bardzo kontemplacyjny nastrój, duża część nie była udostępniona do zwiedzania. Mnisi żyją tam cały czas wg surowej reguły, a na turystów patrzą bardzo nieufnie (nic dziwnego - zakłócają im spokój). Za klasztorem rozpościerają się wzgórza, na które oczywiście musieliśmy się wspiąć. Widoki zapierały dech w piersiach – nagle góry kończyły się i dalej roztaczała się gigantyczna równina. To już Azerbejdżan.

Wróciliśmy w ekspresowym tempie. Jeszcze był czas, aby przespacerować się słynną ulicą Rustaveli, gdzie swój początek brały wszystkie zamieszki. Tbilisi wydawało się nam bardziej nowoczesne od Erewania, budynki bardziej zadbane, wypasione auta, sporo nowobogackich na ulicach. Kontrast w porównaniu do prowincji niesamowity. Zwłaszcza po zmroku: wszystkie zabytki są podświetlone, a przez to że miasto położone jest na wzgórzach, widoki są niesamowite.

6 maja, niedziela
Tempo zwiedzania mieliśmy szybkie, aż za szybkie. Czasem trzeba wyważyć, czy ważniejsze jest zobaczenie kolejnego zabytku, czy po prostu chwila zadumy i zamyślenia. Ten dzień przekonał mnie, że zdecydowanie nie należę do miłośników zaliczania zabytków. A plan był ambitny: najpierw Mccheta, potem Gori i Uplistiche. Do Mcchety dojechaliśmy marszrutką z Didube (4 lari). W zasadzie można tam spędzić cały dzień i byłoby co zwiedzać. Wg Gruzinów jak patrzy się na to miejsce to wierzy się że Bóg tu jest. Ja jakoś na początku nie czułam podniosłej atmosfery, dopiero jak dotarliśmy na górę do monastyru Dżawari poczułam klimat. Ta świątynia wydawała mi się najbardziej magiczna, pełna pielgrzymów i podniosłego nastroju. Trochę czuliśmy się tam jak intruzi, którzy wdzierają się w intymne życie Gruzinów. A że jeszcze była niedziela, to panował wyjątkowo podniosły nastrój. Apogeum mistycyzmu to udział w nabożeństwie chrztu w katedrze Sweticchoweli. Dzieci chrzcił pop na tyłach świątyni, zanurzając je w chrzcielnicy, Gruzini zaś śpiewali chorały.

Z Mcchety ruszyliśmy do Gori. Szczęście nam sprzyjało, bo chociaż trasa przebiegała kilka km za miasteczkiem, marszrutka podrzuciła nas do krzyżówki, gdzie złapaliśmy kolejny busik jadący do Gori (10 lari). Fakt faktem i tak musieliśmy wziąć taksówkę, bo do centrum było zbyt daleko. Za 25 lari kierowca obiecał podwieźć nas do samego Uplistiche, a potem przywieźć z powrotem. W międzyczasie zrodził się plan, aby choć na chwilę zatrzymać się w Gori w Muzeum Stalina. W prawdzie to miejsce kontrowersyjne, bo jak można czcić miejsce narodzin zbrodniarza i zachwycać się nad pamiątkami z jego dzieciństwa. Zamiast pokazywać buciki czy chatę Stalina, można by przemianować je na Muzeum Zbrodni Stalina i eksponować zdjęcia ukazujące koszmar terroru. Ale mieszkańcy twierdzili, że to jedyna rzecz, którą może szczycić się miasto, a jak można szczycić się zbrodniami. Gruzini są dumni, że w Gori urodził się tak znany człowiek i czczą go za zdolności przywódcze. W końcu zatrzymaliśmy się tam tylko na chwilę, aby rzucić okiem na pamiątki, jeden z ostatnich na świecie pomnik Stalina i wagon poczdamski. 

W muzeum poznaliśmy ZAZĘ, prawnika dorabiającego w wolnych chwilach jako przewodnik. ZAZA świetnie mówił po angielsku i wydawał się bardzo sympatyczny, ale w końcu sam wycofał się z oprowadzania nas po mieście, tłumacząc się brakiem czasu. Potem dane nam było jeszcze go spotkać i wdać się w długie dysputy. Najpierw zaś pojechaliśmy do Uplistiche. Skalne miasto to niezły gigant - robi niesamowite wrażenie, jednak byliśmy już zmęczeni i jakoś bez entuzjazmu chodziliśmy po skalnych pieczarach. Każdy marzył o ciepłym posiłku i powrocie. Nasz taksówkarz zawiózł nas do polecanego lokalu, pożegnał się i pojechał. My rzuciliśmy się oczywiście na baranie szaszłyki (pychotka). W międzyczasie zrodził się pomysł, aby do stolicy wrócić pociągiem. Pomysł ciekawy, zwłaszcza że bilety są wyjatkowo tanie (2 lari). Na dworcu znowu spotkaliśmy ZAZĘ, który powitał nas jak starych znajomych. Od razu z góry uprzedził, że podróż pociągiem to przeżycie: składy są mega stare, turystów zero, podróżni to największa biedota. Nikt nie kupuje biletów, kiedy można dać łapówkę konduktorowi. W ogóle w pociągu było niezbyt bezpiecznie – mnóstwo pijanych Osetyńczyków szukało zaczepki. Na szczęście Zaza obiecał, że się nami zaopiekuje. W niczym nie przesadził: wszyscy nas obserwowali jak jakieś zjawy, ale bali się zaczepiać widząc, że jesteśmy gośćmi Gruzina. Co chwilę ktoś czymś handlował, a że tłok był konkretny, to musiał się przedzierać przez tłumy, przekrzykując się z innymi handlarzami. Zaza opowiadał nam dużo o życiu w Gruzji, o tym jak wszyscy muszą dorabiać bo nie starcza im na przeżycie, jak trudno jest tu godnie żyć. W turystach upatrują szansy zmiany - a wręcz przemiany dzięki głoszeniu światu, jak piękna jest Gruzja. 

7 maja, poniedziałek
Good bye Gruzja – welcome Armenia. Z dworca Ortadzala w Tbilisi poranną marszrutką ruszyliśmy do Vanadzoru w Armenii. Busik jechał jakąś przedziwną drogą, z pozoru nieprzejezdną, krętą i podejrzanie długą. Przemierzał wyludnione wioski i opuszczone domostwa, znów czuliśmy się jak w strefie podwyższonego ryzyka. Na szczęście w marszrutce jechało wesołe towarzystwo, a Ormianki co chwila nas zagadywały i zadawały tysiące dziwnych pytań (np. w stylu: czy podróżujemy za państwowe pieniądze czy jest u nas elektrownia atomowa, ile zarabiamy, czy lubimy Rosjan..) przy okazji opowiadały mnóstwo o sobie, o kulturze, kraju. Taka integracja z miejscową ludnością to prawdziwa przyjemność, i nagroda za trudny podróżowania na własną rękę.

Na granicy potraktowano nas jak jakiś przemytników, bo celnik przeszukał nasze bagaże. Zwłaszcza wnikliwie oglądali lekarstwa- na szczęście nic nie zabrali, tylko skasowali za wizę. Tym samym pożegnaliśmy się z Gruzją, czując w zasadzie duży niedosyt. Zdecydowanie za krótko byliśmy na Kaukazie, nie zdążyliśmy zobaczyć jeszcze wielu niesamowitych miejsc. Cóż, trzeba będzie tu koniecznie jeszcze kiedyś wrócić..