Podróżowanie  

Naszą podróż zaplanowaliśmy na połowę września. Niestety trzeba się wtedy liczyć z tym, że pogoda może być w kratkę (tak jak w naszym przypadku, choć to podobno ewenement). Jednak w zamian trafia się na sezon owocowy. Przepyszne melony (nieporównywalne z dostępnymi u nas), mnóstwo winogron oraz arbuzy prawie za darmo. Dodatkowym plusem wyjazdu we wrześniu jest to, że sezon turystyczny się kończy, więc jest mniej turystów i łatwiej (taniej) można znaleźć nocleg. 

Po Krymie można poruszać się marszrutkami (najszybsze), pociągami (najtańsze) lub trolejbusami (najdziwniejsze). Każdy rodzaj transportu ma swój urok – jeśli chcemy szybko i sprawnie przedostać się w odległe miejsce, warto wsiąść do marszrutki. Jednak trzeba pamiętać, że często jeżdżą one bez rozkładów – jak zgromadzi się odpowiednia liczba pasażerów, to dopiero ruszają w trasę. Pociągi mają ten plus, że jeżdżą zawsze według rozkładu, ale wloką się niemiłosiernie, za to jest bardzo egzotycznie (np. mnóstwo ludzi próbuje coś sprzedawać, co chwila ktoś wchodzi do przedziału i robi mini prezentacje na temat wspaniałych produktów, które właśnie sprzedaje – jedzenie, picie, duperelki; taka pociągowa akwizycja). Trolejbusy są zawsze zapchane, kierowca z nikim nie gada, zawsze jedzie pani sprzedająca bilety, wewnątrz jest potwornie gorąco i śmierdząco, a pasażerowie wycierają pot zasłonkami (!). 

Język  

W powszechnym użyciu jest język rosyjski, mimo że oficjalnie obowiązuje ukraiński. Wynika to z faktu, że większość ludności stanowią Rosjanie. Ciekawostką jest, że ok. 10% posługuje się językiem tatarskim. Fakt faktem nie ma problemów z porozumieniem, bo w zasadzie można się dogadać zarówno po rosyjsku, jak i po polsku. Z angielskim już gorzej – nic dziwnego, kiedy gro turystów stanowią Rosjanie. Władze ukraińskie starają się wszelkimi sposobami wprowadzić swój język, stąd często na tablicach informacyjnych czy mapach spotyka się napisy po ukraińsku. W związku z tym czasem trudno się zorientować w kwestii nazewnictwa, jako że jednocześnie funkcjonują nazwy rosyjskie, ukraińskie, a czasem i tatarskie. Do tego często dochodzą zupełnie inne nazwy funkcjonujące w języku polskim, jak np. Czatyrdah – Czatyr Dag. 

Noclegi  

Problemów ze znalezieniem noclegu w zasadzie nie ma. Już na dworcu koczuje mnóstwo babuszek, które zaczepiają wszystkich ludzi z plecakami, proponując nocleg. Jeśli na samym dworcu nie uda znaleźć się noclegu, to tuż przy nim siedzi kolejna grupa babuszek – tym razem trzymając karteczki z napisami „kwartira” lub „zdajem żiljo”. Oczywiście wszystkie twierdzą że pokój jest śliczny i w pobliżu. Warto tez z góry zapytać się, czy jest toaleta i w jakim stanie. Rozpiętość cen jest imponująca – my spaliśmy najtaniej za ok. 10 zł, najdrożej – za ok. 70 zł /os. Wiadomo, że ceny te świadczą o standardzie. Za 10 zł można przespać się u babuszek, w przydomowych pokoikach, często bez bieżącej wody, z wychodkiem i prysznicem na zewnątrz. Za 70 zł – nawet w hotelu. Najtańsze noclegi są w okolicach Sudaka i Kerczu, najdroższe – wokół Jałty. Warto pamiętać, że woda to wyższy standard, a ciepła to już luksus. Krym cierpi na chroniczne problemy z bieżącą wodą, stąd w sezonie woda jest reglamentowana – w blokach zazwyczaj bieżąca woda z kranu dostępna przez 2-3 godziny rano i wieczorem. W hotelu zimna woda była non stop, a ciepła tylko przez kilka godzin rano i wieczorem. 

Zakupy  

Markety na Krymie - przynajmniej w 2003 r.- praktycznie nie występowały, stąd byliśmy skazani na robienie zakupów w małych sklepikach, albo tez na bazarkach. Zrobienie zakupów wcale nie jest proste – na poszczególne produkty trzeba najzwyczajniej polować np. chleb jest od południa, nabiał tylko w wyznaczone dni. Oczywiście nie ma z góry określonych reguł, stąd kupienie nawet podstawowych produktów może być dużym problemem, zwłaszcza w porach wieczornych. Tamtejsi ludzie najczęściej kupują wędlinę i ryby (nie wygląda nigdy zachęcająco) oraz obowiązkowo cebulę. Wśród rosyjskich turystów furorę robię murzynki i ciastka z kremem. Oczywiście leżą one na ladzie, nie w lodówce, nawet w 40-stopniowym upale. Rosjanom to nie przeszkadza… Poza tym często sprzedawczynie używają liczydeł i… wag z odważnikami. Sklepy wyglądają tak jak u nas jakieś 20 lat temu. 

Warunki 

Jadąc na Ukrainę trzeba odpowiednio się nastawić odnośnie standardu toalet. Inaczej można doznać małego szoku. Mnie najbardziej zadziwiały te bez drzwi do kabin, często spotykane na dworcach. Wyjątkowo krępujące, na dodatek często wyglądały jak zwykłe dziury w podłodze, bez spłuczek i – uwaga – z koszami na zużyty papier toaletowy (sic!). Nieco lepsze od nich to tzw. wychodki = na zewnątrz, oczywiście bez kanalizacji. Najwyższy standard toalet publicznych to dziura w podłodze + drzwi zapewniające nieco intymności. Oczywiście wszystkie typy z reguły płatne. 

Warunki sanitarne współgrają z powszechnie panującym syfem - śmieci są wszędzie, nikt nie nimi nie przejmuje. Nawet w pobliżu największych zabytków na każdym rogu leży mnóstwo papierków, reklamówek i butelek. I nikt tego nie sprząta, nikomu to zdaje się nie przeszkadza...

Przydatne przedmioty  

Jedne z najbardziej przydatnych rzeczy to lekarstwa na zatrucia pokarmowe. Jako że my nigdy wcześniej nie zatruliśmy się podczas naszych podróży, toteż żadnych leków na żołądek nie mieliśmy. Pech chciał, ze kłopoty żołądkowe zaczęły się w sobotni wieczór, kiedy to apteki były zamknięte (zresztą aż do poniedziałku). A zatruliśmy się – żeby było śmieszniej – jedząc w restauracji nasz najdroższy obiad podczas całego wyjazdu. Pewnie dlatego, że od razu nie zaaplikowaliśmy sobie konkretnej dawki leków, to zatrucie ciągnęło się przez tydzień, a nawet dłużej. 

Kolejny obowiązkowy gadżet to.. latarka. Na Ukrainie nawet w dużych miastach wieczorem ulice zazwyczaj nie są oświetlone, stąd poruszanie się po zmroku bez oświetlenia jest bardzo kłopotliwe. Oczywiście najlepiej sprawdza się czołówka.