Wyjazd na Krym marzył mi się od dawna. Nawet już się przymierzaliśmy do podróży w 2003 roku, ale wtedy zwyciężyła Turcja. Jednak pomysł dojrzewał w mojej głowie, aż wreszcie ujrzał światło dzienne na jesieni 2005 roku. Przygotowywaliśmy się do wyprawy sporo wcześniej, bo trzeba było wszystko od początku zaplanować. Nic dziwnego – Ukraina to fakt faktem taki europejski trzeci świat. Poza tym bilety na pociąg trzeba było kupić dużo wcześniej, bo jesień to bardzo popularny termin wyjazdów w tym kierunku. Szczegóły związane z wyborem opcji dojazdu znajdują się w zakładce dojazd.  

3 września 2005 

Nasza wyprawa rozpoczęła się od mini-podróży z Poznania do Warszawy, skąd rozpoczynaliśmy właściwą podróż. A że czekała nas 37-godzina jazda, to mieliśmy lekkie przerażenie w oczach, stojąc w sobotni wieczór na warszawskim peronie. Pociąg wyglądał tak, jak się spodziewaliśmy: typowy rosyjski spalnyj wagon, z 4-osobowymi przedziałami. Na szczęście trafiliśmy na całkiem sympatyczne towarzystwo – jechała z nami studentka archeologii na praktyki do Chersonez w Sewastopolu oraz tajemniczy gość, który przez całą podróż się do nas nie odezwał, nic nie robił tylko leżał i spał. 

Z perspektywy czasu śmiało można stwierdzić, że podróż wcale nie była taka straszna, spało się wygodnie, w dzień dużo czytaliśmy, a na przystankach można było rozprostować kości na zewnątrz. A że nie było upału, to wcale nie doskwierały nam zakneblowane okna i duchota. Choć podróż była strasznie monotonna: pociąg poruszający się do przodu żółwim tempem w połączeniu ze stale takimi samymi krajobrazami za oknem. Zresztą wyglądanie na świat było bardzo utrudnione – brudne, zamknięte okna i przytwierdzone do ram zasłonki to chyba sposób na to, żeby podróżni nie zobaczyli za wiele. 

4 września 2005 

Największym zaskoczeniem całej podróży był nadzwyczaj długi przystanek w KIJOWIE. Oczywiście o tym fakcie dowiedzieliśmy się w ostatniej chwili. A szkoda, bo gdybyśmy wiedzieli choć z kilka dni wcześniej, to można by opracować jakiś plan zwiedzania. Zresztą Michał nawet się ucieszył twierdząc, że będzie to dla nas zupełnie nowe doświadczenie – nagle wylądowaliśmy w mieście, o którym wiemy tyle co nic – można ruszyć na ulice i obserwować ludzi, poczuć klimat miasta. 

W sumie rzeczy Kijów wydawał nam się bardzo europejskim miastem, zarówno pod względem zabudowy (ładne, poodnawiane kamienice), jak i ogólnego klimatu. Oczywiście nie zabrakło babuszek w chustach z charakterystycznymi ruskimi torbami w kratkę. Nie zabrakło również pomnika Lenina, ale później mieliśmy okazję się przekonać, że prawie każde ukraińskie miasto ma takowy pomnik, albo chociaż ulicę noszącą nazwisko wiecznie żywego Lenina. Cóż, chyba niewiele zmieniło się w tym kraju od czasów komunistycznych. 

Najpierw trafiliśmy na Plac Niepodległości - miejsce, które stanowiło epicentrum pomarańczowej rewolucji. Plac zdobi malachitowa wysoka kolumna ze złotą personifikacją wolnej Ukrainy. Naprzeciw niej łuk triumfalny z postacią Archanioła Michała, opiekuna stolicy. Z placu prowadzi ulica Chreszczatyk, gdzie ruch kołowy jest zakazany, a z głośników rozstawionych wzdłuż ulicy sączy się muzyka. Główny deptak miasta otaczają socrealistyczne budowle, a wokół babuszki sprzedają różności (oczywiście również słynne pierogi). 

W Kijowie wędrowaliśmy w zasadzie bez jasno określonego celu, klucząc ulicami miasta. W końcu wpadłam na pomysł, że warto byłoby zobaczyć jakiś zabytek, chociażby słynny Sobór Sofijski. Jakimś cudem udało nam się trafić - bez przewodnika, mapy czy adresu. Widok był zapierający dech w piersiach: w blasku zachodzącego słońca już z daleka nad miastem górowały słynne budowle. XI-wieczny sobór zdobi trzynaście lśniących kopuł, a wewnątrz olśniewające mozaiki i freski. W pobliżu znajduje się słynna Złota Brama, a nad nią wznosi się niewielka cerkiew św. Trójcy.

Naprzeciw Soboru po drugiej stronie gigantycznego placu wznosi się Monastyr o Złotych Kopułach z cerkwią św. Michała Archanioła z XII w. Cerkiew ta została prawie całkowicie zniszczona w latach 1932-33 na rzecz budowy Centralnego Komitetu Komunistycznej Partii Ukraińskiej. Socrealistyczny gigant miał przyćmić jej blask, co niestety w dużej mierze się udało. Warto tu dodać, że Kijów to jeden z najstarszych ośrodków religijnych Europy Wschodniej (Ruś przyjęła chrzest w 988 r.), choć dziś jedno z najbardziej zateizowanych miast w kraju. 

Spod Soboru zaczęliśmy już kierować się w stronę dworca, jako że czasu do odjazdu pociągu nie było za wiele. Zmierzchało, gdy dotarliśmy do celu. Dworzec też jest ciekawy – ogromny, zadbany, monumentalny, a jednocześnie stylowy. W prawdzie przed wejściem nie brakuje babuszek sprzedających wędzone ryby i kaszankę, ale widok ten towarzyszył nam przez cały pobyt w Ukrainie. 

5 września 2005 

Dalsza podróż upłynęła bardzo szybko – całą noc spaliśmy zmęczeni wędrówką po Kijowie, poranek zaś przywitał nas już całkiem blisko celu. Przebudziliśmy się w Zaporożu, kiedy to nie wiadomo który już raz podczas tej podróży podczepiali nasze 2 wagony do innego pociągu. Po jakiejś godzince znów jechaliśmy przez ukraińskie kresy. A widoki były niesamowite – wkroczyliśmy na przesmyk na Morzu Gnilnym, które stanowi zatokę Morza Azowskiego. Pociąg jechał usypaną groblą, a z jednej i z drugiej strony rozciągały się nadmorskie zatoki . Tyle że zatoki nietypowe - wyglądały jak w połowie wyschnięte, a wokół osadzała się sól. Szkoda, że nie było tam przystanku. Choć pociąg jechał tak wolno, że można było sobie wszystko obserwować (choć tak jak wcześniej pisałam podziwianie krajobrazów z ukraińskiego pociągu jest bardzo utrudnione przez zakneblowane, brudne i na stałe zasłonięte okna). 

Koło południa byliśmy już na miejscu. SYMFEROPOL robi wrażenie, choć musze przyznać ze jest najbrzydszym miastem na Krymie, w jakim byliśmy. Najpierw postanowiliśmy, ze musimy kupić bilety powrotne. Wydawało się, że zajmie to chwilkę i od razu będzie można udać się w dalsza drogę. Myliliśmy się oczywiście. Pierwsze podejście to była wizyta na Dworcu Głównym. Odstaliśmy swoje w długaśnej kolejce, po czym pani przy kasie ze zdziwioną miną oświadczyła, że przecież oni sprzedają tu tylko bilety na dziś. Poradziła, żeby pójść do budynku znajdującego się obok dworca. Tam też się udaliśmy (oczywiście najpierw krążąc wokół i szukając tego budynku).. Jednak miny nam zrzędły, gdy po staniu w godzinnej kolejce kasjerka znów odmówiła nam sprzedaży biletów – w prawdzie była to kasa międzynarodowa, ale nie można było kupić biletów do Warszawy. Adres punktu sprzedaży biletów podała, więc zdawało się, że teraz dotrzemy tam bez problemu (plan miasta oczywiście mieliśmy). I znów się myliliśmy. Punkt ten znajdował się w zupełnie innym miejscu, znacznie oddalonym od dworca. Co więcej, numeracja ulic była tak nielogiczna, że krążyliśmy w kółko, zanim udało się znaleźć tajemnicze miejsce. Ukraińska logika pozostanie na zawsze dla mnie zagadką. Po raz trzeci ustawiliśmy się po bilety, a jak wiadomo do trzech razy sztuka – tym razem udało się! Pani wypisywała bilet ręcznie, trwało to jakieś pół godziny, dzwoniła ze trzy razy dowiadując się o połączenie, w końcu wzięła nasze paszporty i wręczyła bilety składające się z kilku kartek. Cena była znacznie wyższa niż biletu przyjazdowego (ok. 400 zł/os., kiedy wcześniej płaciliśmy ok. 260 zł), ale najważniejsze że mieliśmy bilety. Zwłaszcza, że pociąg Symferopol-Warszawa jeździ raz w tygodniu, a my mieliśmy tylko 2 tygodnie urlopu. Całe kupowanie biletów zajęło nam... prawie 5 godzin (sic!). 

Przez to całe okołobiletowe zamieszanie zrobiło się już późno. Wróciliśmy na dworzec i rozpoczęliśmy poszukiwania jakiegokolwiek środka transportu do BAKCZYSARAJU. Najpierw staliśmy dłuższą chwilę w oczekiwaniu na marszrutki. Kierowcy i naganiacze tylko nas mamili obietnicą podwiezienia w drodze do Sewastopola, po czym, jak już busik miał odjeżdżać, a oni mieli komplet podróżnych, odprawiali nas z kwitkiem. W sumie to dobrze, że nas nie zabrali, bo droga Sewastopol -Symferopol jest sporo oddalona od centrum Bakczysaraju. W końcu przeprosiliśmy się z koleją, wróciliśmy na dworzec i.. kupiliśmy bilety na pociąg, który odjeżdżał za niecałą godzinę. Byliśmy już tak zmęczeni i zdenerwowani tymi wszystkimi komplikacjami komunikacyjnymi, że w sumie godzina czekania na pociąg nie robiła nam różnicy. 

W BAKCZYSARAJU wylądowaliśmy już o zmroku, dość szybko dotarliśmy do hotelu rekomendowanego w przewodniku (Hotel Symferopol, ul. Symferopolska 3). Z początku zdawało nam się, że warunki są średnie na jeża, jednak mając porównanie do kolejnych kwater musze stwierdzić, że było super: prysznic (choć woda tylko przez kilka godzin rano i wieczorem), restauracja na dole (w prawdzie menu biedniutkie), pokój dwuosobowy z normalnymi łóżkami (a nie pryczami jak później). 

Wieczorem jeszcze wyszliśmy na miasto coś zjeść. Oczywiście knajp nigdzie nie było, jedyne miejsce to przydworcowy bar, gdzie jedliśmy frytki z surówką. W ogóle okolice dworca są zupełnie antyturystyczne, wokół też nic ciekawego. Zresztą Bakczysaraj to miejsce wielu wycieczek, które wpadają tu na chwilę i wracają do swoich nadmorskich kurortów (kto widział, żeby w taki upał spać na jakimś pustkowiu, zamiast nad samym morzem); 

6 września 2005 

Tego dnia powitał nas słoneczny poranek. Dość wcześnie ruszyliśmy na zwiedzanie okolicy, jako że plan był napięty (zresztą jak zawsze): najpierw udaliśmy się w stronę pałacu Chanów Krymskich. Centrum miasta jest oddalone kilka km od dworca i tam panuje już zupełnie inny klimat: kultura tatarska widoczna jest na każdym kroku, spośród gór wyłaniają się meczety, a przy ulicy babuszki sprzedają tatarskie czapki i stroje olejki eteryczne, zioła i inne pamiątki. Ja oczywiście skusiłam się na czapeczkę, zwłaszcza że słońce prażyło niemiłosiernie, a ja nie wzięłam z pokoju nakrycia głowy. 

Pałac Chanów zachwycił nas ogromnie. Można tam poczuć niezwykły orientalny klimat, zapoznać się z okrutną historią (link) Tatarów (w czasach świetności były tu 32 meczety, teraz zostało kilka). Było to coś zupełnie nowego, jeszcze nie spotkaliśmy się nigdzie z tą kulturą i stylistyką. Pięć razy dziennie rozbrzmiewa tu modlitwa muezina, nadając miastu dodatkowego klimatu. Obok pałacu znajduje się monastyr, Fontanna Łez, mauzoleum i cmentarz chanów. Nie warto jedynie wchodzić na Basztę Sokoła - kasują 6 HR, a baszta jest niziutka i nie ma z niej żadnych widoków. Ale wokół jest pięknie, rosną egzotyczne rośliny i drzewa. Teraz dopiero zrozumieliśmy znaczenie nazwy Bakczysaraj, co po tatarsku oznacza Miasto Ogrodów. 

Kolejny punkt tego dnia to wyprawa w góry. Po drodze ścieżka zbacza w stronę Uspienskiego Monastyru, który został zbudowany w wydrążonych skałach. Klasztor został założony w VIII w. i jest jednym z najstarszych tego typu obiektów na Krymie. Przetrwał przez wiele wieków, a dopiero Rosjanie zamknęli go w 1921 r. Monastyr wznowił działalność w 1993 r. Panuje w nim podniosła atmosfera, palą się świeczki modlitewne i w tle rozbrzmiewa muzyka sakralna. Wizyta w tym magicznym miejscu skłania do chwili zamyślenia i kontemplacji. 

Z klasztoru stromą ścieżką w górę udaliśmy się do skalnego miasta Czufut-Kale, założonego między VI a X w. Miasto długo pełniło rolę stolicy Chanatu Krymskiego, a osiedlali się tu przedstawiciele wielu religii, m.in. muzułmanie, chrześcijanie i karaimowie. Z biegiem czasu pozostali w nim tylko karaimowie i stąd nazwa miasta Czufut-Kale: Żydowska Twierdza. Kompleks jest ogromny: poznawaliśmy jego tajniki przez dobrych kilka godzin, a wydrążone w skałach pieczary stanowiły idealne schronienie przed doskwierającym upałem. Widoki roztaczające się z samej góry zapierają dech w piersiach – u stóp gór rozciąga się Dolina Jozofata, z płaskimi szczytami wyrastającymi w oddali na wysokości sięgające 600 m. 

W Czufut Kale po raz pierwszy zadziwiła nas obecność wypożyczalni strojów tatarskich, które turyści nagminnie wypożyczali do robienia zdjęć. Później w zasadzie w każdej miejscowości spotykaliśmy się z tym zjawiskiem. Najdziwniejsze było to, że babuszka opiekująca się stoiskiem co pewien czas wybiegała na środek placu i ... podnosiła gigantyczny kamień do góry. Turyści bili brawo i rzucali monety. Zastanawialiśmy się, czy to nie jakaś ściema, bo ciężko było uwierzyć, że taka starowinka jest siłaczem. Cóż, dla nas ta kwestia pewnie na zawsze pozostanie zagadką. 

Ze skalnego miasta dość szybko zeszliśmy do Bakczysaraju, bo głód już dawał o sobie, a upał stał się niemiłosierny. Odwiedziliśmy restaurację znajdującą się zaraz przy wejściu do rezerwatu. Skosztowaliśmy regionalnych specjałów, czyli czeburieków – placków z bryndzą (pychota!). Ceny nie były wygórowane: razem z piwkiem kosztowały 18 HR/os. Później przenieśliśmy się do innej knajpki, urządzonej w tatarskim stylu: siedzieliśmy po turecku na karaimskich dywanach, popijając tutejsze winko. Skutek był taki, że droga do naszego hotelu wydawała się nadzwyczaj długa... 

7 września 2005 

Z rana wybraliśmy się pociągiem na podbój SEWASTOPOLA (bilet 2,2 HR). Klimat panował w nim mega orientalny: co chwila ktoś próbował coś sprzedać, przy okazji prezentując dla całego przedziału swoje produkty i zachęcając do zakupu. Towarzyszyła temu cała przemowa. I tak przez 1,5 godziny jazdy co chwila ktoś przechodził przez wagon, z uśmiechem wyciągając bułeczki, napoje, ściereczki, kosmetyki itp. drobiazgi. Miałam wrażenie, że obserwujemy narodziny akwizycji na Ukrainie. Poza tym podróż urozmaicały niesamowite widoki z okna: wulkaniczne wzniesienia, pustynne krajobrazy, fabryki i pieczary ikermańskie. 

Już na miejscu najpierw wdrapaliśmy się na pobliskie wzgórze, aby zorientować się w okolicy. Widok był niesamowity – zatoka wcinająca się w ląd, port i pobliskie wzgórza kusiły atrakcjami. Sewastopol to miasto położone na 7 wzgórzach, stąd nie bezpodstawnie nosi nazwę Miasta Godnego Sławy. Na dodatek przy brzegu cumują okręty Floty Czarnomorskiej, symbol rosyjskiej potęgi. Po rozpadzie związku radzieckiego zrodził się konflikt, do kogo ma należeć flota. Na początku stanowiła wspólną własność obu państw, teraz stacjonuje pod rosyjską banderą. 

Ze wzgórza ruszyliśmy w kierunku wybrzeża. Oczywiście wszędzie wokół leżały tony śmieci, nieodłączny element krymskiego krajobrazu. Po drodze zobaczyliśmy kilka pomniejszych zabytków i poczuliśmy klimat miasta. Tradycyjnie główna ulica miasta nosiła nazwę Lenina, zresztą jak i główny plac, gdzie pomnik górował nad miastem, przy okazji zasłaniając Sobór Władymirski. Z placu trafiliśmy nad zatokę. Michał napalił się na oglądanie delfinów, ale cena nas poraziła i w końcu wylądowaliśmy w akwarium. Niby miejsce ciekawe, ale na pewno nie warte 20 HR. Skutek był taki, że nabrałam apetytu na rybkę. W przewodniku wyczailiśmy super restauracyjkę Letnij Sad (ul. Bolszaja Morskaja) i poszliśmy na obiad. Marzenie o rybce zrealizowałam, Michał zaś skusił się na ormiańskie kotlety. 

Ostatni cel naszego zwiedzania stanowił starożytny Chersonez. Do celu dojechaliśmy trolejbusem (50 kopiejek). Tam tez udało mi się wejść za darmo na moją legitymację pilota wycieczek (w końcu!). Miejsce to ma zupełnie inny klimat niż cały Sewastopol. Ruiny pozwalają cofnąć się do czasów starożytnych (VI w.p.n.e.) i wyobrażać sobie, jak kiedyś żyli tu ludzie. Zachowało się wiele dawnych budowli, akropol agora, teatr, mury obronne, świątynie, baszty, wrota... Obszar jest ogromny, starczy na kilkugodzinne wędrówki. Na koniec zeszliśmy nad samo morze, nawet chcieliśmy popływać, jednak wokół pływało mnóstwo wodorostów, od których unosił się nie zachęcający do kąpieli zapach. Już w drodze powrotnej na przystanek spotkaliśmy... naszą towarzyszkę podróży z pociągu. Cóż za zbieg okoliczności! 

Do Bakczysaraju udało nam się wrócić dość szybko, bowiem najpierw dotarliśmy marszrutką na sam dworzec, a następnie od razu złapaliśmy autobus (6 HR). Znów była okazja pooglądać niesamowite krajobrazy zza szyby autobusu. Do hotelu dotarliśmy ledwo żywi – zwiedzanie wykończyło nas do cna. 

8 września 2005 

Wczesnym rankiem opuściliśmy Bakczysaraj, aby udać się w końcu w stronę morza, a konkretnie do SUDAKU. Podróżowało się nadzwyczaj sprawnie – najpierw pociągiem do Symferopola (1,85 HR), potem od razu złapaliśmy marszrutkę. Ta jednak na miejsce dotarła dopiero koło 14:00, bo odległość to była spora. Upał był tego dnia potworny. Stąd choć miałam namiary na fajne noclegi od kuzynki, to poszliśmy po najmniejszej linii oporu i wzięliśmy nocleg od  jednej z dworcowych babuszek. Oczywiście zapytaliśmy się, czy jest toaleta i prysznic, a że odpowiedź była twierdząca, to poszliśmy oglądać kwaterę. Tylko że babuszka nie dodała, że toaleta to zwykły wychodek, a prysznic jest na zewnątrz z wodą ogrzewaną słońcem. Ale czegóż można było się spodziewać od noclegu za 10 HR? A że było okropnie gorąco i nie chciało już się nam kombinować, to zgodziliśmy się na te warunki. Później pojawiło się kilka kolejnych mankamentów: zapadające się prycze, duża odległość od centrum, niebezpieczna okolica. 

W sumie to po przyjeździe zrzuciliśmy bagaże i zaraz pognaliśmy nad morze. Woda była cudna: ciepła, czyściutka, przeźroczysta i... bardzo słona. Po kąpieli znów naszła mnie ochota na rybkę, ale tym razem to była porażka nie rybka. Michał amatorem ryb nie jest, stąd pozostał wierny czeburiekom. Już o zachodzie słońca poszliśmy obejrzeć twierdzę (5 HR). Podobało nam się prze-bardzo: niby to tylko ruiny, ale wyglądają trochę jak mur chiński, widoki są niesamowite, klimat bardzo orientalny, po prostu cudnie. Niepostrzeżenie zaczęło zmierzchać i trzeba było się zbierać, zwłaszcza że twierdzę zamykali. Szkoda, można by tam siedzieć pół nocy, mając u stóp całe wybrzeże. Zeszliśmy do miasteczka i ponownie skusiliśmy się na kąpiel, potem zaś połknęliśmy bilardowego bakcyla i wieczór upłynął na rozgrywkach. Skutek taki, że trzeba było wracać na kwaterę w zupełnej ciemnicy (wtedy to odkryliśmy, że na Ukrainie latarnie świeca się tylko w centrum, na przedmieściach w ogóle latarni nie ma, stąd koniecznie trzeba zabierać latarkę na nocne wędrówki). 

9 września 2005 

Z rana powitało nas śliczne słoneczko, stąd zerwaliśmy się jak zwykle szybko, aby wyruszyć do KOKTIEBIEL. Z dworca złapaliśmy marszrutkę i w miarę wcześnie dotarliśmy do celu. Miejsce to urzekło nas bez reszty – malutka mieścina, ale wcale niepodobna do hucznych kurortów, pełnych rozwydrzonych Rosjan. Plaża tez przyjazna, tyle ze kamienista. Po ekspresowej kąpieli mieliśmy zamiar czytać, ale wytrzymaliśmy jakieś 15 minut. Potem zrodził się pomysł rejsu po morzu, aby obejrzeć chociaż z daleka Rezerwat Koktiebiel. Z początku mieliśmy plan wybrać się do niego, ale okazało się, że indywidualni turyści nie są w stanie tam dojechać: wejścia do rezerwatu były o 8 i 15. Rano nie było jeszcze marszrutek, zaś przy popołudniowym wejściu nie było już jak wrócić (no, chyba że kogoś stać na taksówkę). Ogromnie nam było żal, ale cóż – rejs to również niezła frajda. Wykupiliśmy go w portowym biurze podróży. Rosyjski przewodnik non stop bawił pasażerów anegdotami i opowieściami przyrodniczymi, tyle że niewiele z tego rozumieliśmy. Wycieczka została zwieńczona przepłynięciem pod Złotymi Wrotami, gdzie należy rzucić monetę i wypowiedzieć życzenie. 

Resztę czasu tego dnia spędziliśmy w Koktiebiel, zajadając się tamtejszymi frykasami (płow, czyli ryż zasmażany z warzywami, owoce) i spacerując po wybrzeżu. Ostatnim autobusem (nota bene koło 16) wróciliśmy do Sudaku, gdzie imprezowaliśmy do późna. 

10 września 2005 

Niestety tym razem obudził nas deszcz bębniący o rynny. Pogoda kompletnie pokrzyżowała nam plany, bowiem planowaliśmy wybrać się na górską wycieczkę. Deszcze padał i padał, toteż nie było sensu dłużej siedzieć w Sudaku. Spakowaliśmy manele i ruszyliśmy na dworzec, gdzie złapaliśmy marszrutkę. Trasa była niesamowita – cały czas wiodła wybrzeżem, co chwila zadziwiając widokami góromorza. Szkoda tylko, że padało bardziej i bardziej. Najpierw dotarliśmy do Ałuszty, ale pogoda dalej nie zachęcała do wędrówek. To i postanowiliśmy przemieścić się maksymalnie na wschód, do AŁUPKI. To ja wpadłam na ten beznadziejny pomysł – zdawało mi się, ze w Jałcie trudno znaleźć nocleg, dlatego warto pojechać nieco dalej, gdzie będzie na pewno taniej i przyjemniej. Myliłam się oczywiście. Nie dosyć, że straciliśmy kolejnych kilka godzin (na czekanie, jazdę i przesiadki), to wreszcie na koniec nigdzie nie mogliśmy znaleźć sensownego noclegu. Ałupka to miejscowość, gdzie są prawie same uzdrowiska i knajpy, a jak już zdarzyło się jakieś domostwo, to albo nie udzielali noclegów, albo słono sobie za to śpiewali (nawet po 25 USD za pokój). W końcu poszliśmy po rozum do głowy i udaliśmy się do „biura kwater”, czyli kilku babuszek siedzących na przystanku autobusowym. Tam też wytargowaliśmy cenę 50 HR za pokój. Jak się później okazało, warunki były dalekie od luksusowych, na dodatek potwornie daleko. Ale przynajmniej mieliśmy nocleg. 

Humor nieco się nam poprawił, zwłaszcza że poszliśmy wrzucić coś na ząb. Pech chciał, że znów zamarzył nam się płow. W prawdzie zajadaliśmy się nim po uszy, ale już po kilku godzinach żołądki dały znać o sobie. To był potworny wieczór, noc także. Setki razy budziliśmy się, by nawiedzić łazienkę w wiadomym celu (na szczęście była!). 

11 września 2005 

Rano wcale nie było lepiej. To był nasz 11 września (dosłownie i w przenośni). Rewolucja żołądkowa na ulicy Rewolucji 4/6. Było mi tak słabo, że nie mogłam podnieść się z łóżka. A jak wybrałam się do sklepu po suchary, to ledwo wróciłam. Michał nie był nawet w stanie mi towarzyszyć. Calutki dzień spędziliśmy w łóżku. Nasza gospodyni nie mogła nadziwić się, że tak się potruliśmy. Leczyła nas koniakiem, bo my oczywiście żadnych lekarstw nie mieliśmy (bo i nigdy wcześniej się nie zatruliśmy). 

Z mieszkania wytoczyliśmy się wieczorem, aby pospacerować nad morzem i obejrzeć Pałac Woroncowa. Siły brakowało, nic nie cieszyło – ledwo dowlekliśmy się z powrotem. Taki plus, że cały dzień lało, to chociaż nie było co żałować zmarnowanego dnia. 

12 września 2005 

Nowy tydzień przyniósł nadzieję na poprawę zdrówka. Poprawiła się również pogoda. Postanowiliśmy ruszyć na podbój okolicy. Podjechaliśmy marszrutką pod stację kolejki górskiej, aby wjechać na AJ PETRI (oczywiście po odstaniu w gigantycznej kolejce po bilet). Ani słowa nie było na ten temat w przewodniku, ale na szczęście nasza gospodyni poinstruowała nas, gdzie mamy wysiąść, aby dotrzeć do celu. 

Sam przejazd kolejką był niesamowity. W kilka minut znaleźliśmy się na wysokości 1200 m, startując z poziomu morza (!) Skutek: tabuny ludzi, knajpy, stragany, a między nimi co krok zwierzaki na łańcuchach (pawie, orły, lwy, a nawet... niedźwiedzie). Widoki zapierały dech w piersiach. Do samego szczytu trzeba było podejść jakieś 15 minut w górę. Oczywiście dla Rosjan nic nie jest straszne i całe tabuny turystów w klapkach, sukienkach i strojach plażowych brnęło dzielnie na szczyt. 

Na górę doprowadzono również drogę i można tam było dostać się także busikiem. A że szybko chcieliśmy dostać się do Jałty, to zjazd busikiem wydawał się nam najsensowniejszym rozwiązaniem. Oczywiście było to mylące, bo: potwornie długo czekaliśmy, aż busik cały się napełni (warunek konieczny na Ukrainie), kosztował równie dużo jak kolejka, a na dodatek potwornie długo jechał, przyprawiając nas o strach w oczach na każdym zakręcie. 

W końcu wylądowaliśmy w JAŁCIE. Miasta nas jakoś szczególnie nie urzekło, choć trzeba przyznać, że jest ślicznie położone. Jednakże wszechobecny beton psuje cały klimat miasta. Oczywiście plaże też są betonowe, jak w większości ukraińskich kurortów (cóż za chory pomysł...). Warto przespacerować się nadmorskim bulwarem, który prowadzi obok kolejnego pomnika Lenina (a jakże!). polecam również wjazd kolejka linową na górę DAR SAN – dwuosobowe koszyczki suną leniwie nad domami i ulicami, prowadząc na punkt widokowy (po wizycie na Aj Petri te widoki nie robiły już tak dużego wrażenia). Wiele więcej nie zobaczyliśmy w samej Jałcie, bo osłabienie pozatruciowe dawało znać o sobie. Jeszcze wpadliśmy na pomysł, aby odwiedzić Delfinarium, ale po długich wypytywankach w końcu dowiedzieliśmy się, ze w okolicy są 2 delfinaria: w hotelu Jałta (który paradoksalnie nie znajduje się w Jałcie, a w Massandrze) i drugie w Partenicie. Oczywiście obiecaliśmy sobie, ze jeszcze je zobaczymy. 

Następnie postanowiliśmy zaliczyć kolejny punkt na liście - JASKÓŁCZE GNIAZDO. Najlepiej tam dopłynąć statkiem, który odpływa z portu w Jałcie co kilkanaście minut i kosztuje 15 HR. Statek mknie jak strzała wzdłuż wybrzeża. Można podziwiać piękne zabytkowe budowle, kontrastujące z kolosalnymi, betonowymi i potwornie brzydkimi budynkami sanatoriów czy hoteli. Samo Jaskółcze Gniazdo zdecydowani najładniej prezentuje się z daleka i jest najpopularniejszym motywem występującym na wszystkich materiałach turystycznych. Zawieszony na skalnym urwisku zamek robi wrażenie, jakby za chwilę miał wpaść w morskie przestworza. Zbudowany został w 1912 r., w miejscu rzymskiej twierdzy. Na skutek trzęsienia ziemi oberwała się dolna część skały, czego efektem było zamknięcie zamku na długie lata. Aktualnie do zwiedzania udostępniono jedynie niewielką część. 

13 września 2005 

W końcu opuściliśmy feralną kwaterę, aby przemieścić się w stronę gór, do AŁUSZTY. Dzień jednak nie zaczął się szczęśliwie – kierowca naszego autobusu podczas wyprzedzania zahaczył o bok ciężarówki. W efekcie autobus nieco się porysował i zbiła się jedna boczna szyba – szkło runęło na siedzenie obok (nota bene na początku siedzieliśmy właśnie na tym miejscu...). 

Kolejny niefart to poszukiwania noclegu. Już wcześniej postanowiliśmy sobie, że bierzemy coś extra, aby wynagrodzić sobie trudy poprzednich dni. W upale lataliśmy od hotelu do hotelu, bo albo ceny były dwukrotnie wyższe niż podawał przewodnik, albo nie było miejsc. Oczywiście ciężko było uwierzyć, że w gigantycznym hotelu nie ma 1 wolnego pokoju. Szkopuł w tym, że niechętnie biorą na 1-2 noce, i chyba w tym był podstawowy problem. Cóż w końcu wróciliśmy do hotelu AŁUSZTA przy ul. Oktjabrskiej 50, gdzie na początku noclegowych poszukiwań stwierdziliśmy, że znajdziemy coś tańszego. A że nic tańszego nie było, to wróciliśmy do punktu wyjścia. Pokój dwuosobowy ze śniadaniem kosztował ok. 240 HR/os + 5 HR/os opłata klimatyczna. Ale za to jaki standard – czyściutko, pokój z łazienką, widok na całą Ałusztę i góry w oddali. Wart na pewno swojej ceny. 

Po porannych perypetiach już w południe siedzieliśmy na dworcu czekając na trolejbus. Plan był taki, aby dojechać do przystanku ARTEK i stamtąd – za radą przewodnika – zdobyć AJUDAH. Jednak tego dnia szczęście nam nie sprzyjało, bo oczywiście góry nie udało się zdobyć. Wszystko wina przewodnika, w którym opisana była droga, której po prostu nie było. 

Słynny Artek to gigantyczna sieć ośrodków wypoczynkowych, pogrodzonych z każdej strony. Oczywiście wstępu strzegą strażnicy i wcale nie można dostać się do środka. W związku z tym skazani byliśmy na wędrówkę wzdłuż drogi i chociaż morze było tuż obok, to nawet nie mogliśmy się do niego przedostać. Tak samo nie mogliśmy przedostać się w stronę Ajudaha, bo ośrodki ciągnęły się po dwóch stronach drogi. A jak już ośrodki się skończyły, zaczęły się grodzone rezydencje (podobno każda rosyjska szycha ma tu swój pałacyk). W końcu znaleźliśmy jakąś drogę, która prowadziła w stronę góry. Tyle ze droga - jak później się okazało – po prostu okrążała górę, a od niej nie prowadziła nawet żadna ścieżynka na szczyt. Szliśmy i szliśmy bez końca, pot lał się z czoła, słońce grzało niemiłosiernie. W efekcie obchodziliśmy górę, zamiast na nią wchodzić. Wściekliśmy się jak nie wiem co, zwłaszcza jak droga skończyła się, a na niej pojawiła się stróżówka. Już miałam wizję, jak to trzeba będzie wracać do punktu wyjścia, ale na szczęście przeszliśmy, nikt nawet się nie czepiła. Jak za chwilę się okazało, wkroczyliśmy na teren sanatorium w PARTENICIE. A tam siedziała babuszka, sprzedawała bilety wstępu i... wręczała mapki z zaznaczonymi dróżkami na Ajudah (!!!!). Najgorsze, że było już zbyt późno, aby zdobyć szczyt. Góra nas pokonała. Taki plus, że tuż obok było morze i już po chwili pluskaliśmy się w wodzie. Potem klucząc po terenie sanatorium, natknęliśmy się na delfinarium (!). W prawdzie pokaz był dopiero za 2 godziny, ale weszliśmy do środka, ja ślicznie poprosiłam, żeby strażnik pozwolił nam choć chwilkę popatrzeć i.. widzieliśmy delfinki. Rewelacja. 

Jak już wydostaliśmy się z terenu sanatorium, dość szybko dotarliśmy do centrum Partenitu, skąd zabraliśmy się marszrutką do Ałuszty. Miasto zaczynało żyć nocą – nad samym morzem spacerowa mnóstwo turystów, wszędzie rozbrzmiewała muzyka, kusiły wesołe miasteczka, knajpy i tysiące innych atrakcji. My jednak byliśmy już tak wymęczeni, że marzyliśmy o powrocie do naszego hotelu. 

14 września 2005 

Góry stale nas kusiły, mimo że wcześniej były dla nas wyjątkowo nieprzyjazne. Tego dnia zamierzaliśmy zdobyć najwyższy szczyt CZATYRDAHA, Eklizi Burun (1527 m). Dość sprawnie dotarliśmy trolejbusem na przełęcz Angarską (752 m). Stamtąd czekało na całkiem spore przewyższenie. Prawdę mówiąc, to po wcześniejszych doświadczeniach w wędrówce po krymskich górach nie liczyliśmy, że uda nam się dotrzeć na sam szczyt. Jednak droga była nadzwyczaj dobrze oznakowana czerwonymi kropkami nawet miała swój magiczny numer 116. 

Szło się nadzwyczaj dobrze i szybko. Nawet ani razu nie zgubiliśmy szlaku! Szybko pokonaliśmy ścianę lasu i po stromym podejściu, wędrowaliśmy po płaskich szczytach jajły. Trasa była dość łatwa, a widoki powalające na kolana. Jednak pogoda trochę się popsuła i zaczęły nachodzić chmury, przez co widoczność pogorszyła się. Na szczycie było jeszcze kilka osób, wszyscy wylegiwali się w słońcu, podziwiając księżycowe krajobrazy. Zeszliśmy tą samą drogą, sprawnie i szybko. W zasadzie było jeszcze wcześnie, stąd wróciliśmy do Ałuszty, aby jeszcze się wykapać. Jednak plaże były tak kamieniste, brzydkie i brudne, że odechciało się kąpieli na rzecz wypasionego obiadu. Oczywiście też nic z tego nie wyszło i po wielkim, wybrzydzaniu skończyło się na pizzy rozmiarów mini mini. 

15 września 2005 

I nadszedł ostatni dzień. Niby smutno odjeżdżać, ale już zatęskniliśmy za naszym polskim jedzeniem. Ukraińskie wyjątkowo nam nie przypadło do gustu – nawet w hotelu na śniadanie podawali jakieś dziwactwa (np. kaszka manna z tłuszczem, twaróg na słodko z chlebem, czarna kawa zbożowa, oczywiście z cukrem). Wsiedliśmy więc po raz ostatni w trolejbus i po 1,5 godz. wyładowaliśmy w Symferopolu. Trochę się stresowaliśmy, że naszego pociągu wcale nie będzie, ale jak zobaczyliśmy na peronie znajomą prowadnicę, to poczuliśmy się prawie jak w domu. 

W powrotnej drodze znów zawitaliśmy do KIJOWA. Tym razem czasu było nieco mniej niż poprzednio, ale mieliśmy konkretny cel – zobaczyć Ławrę Pieczerską. Kupiliśmy nawet mapę na dworcu i opracowaliśmy trasę. Jako że do celu było daleko, postanowiliśmy podjechać kilka przystanków metrem (bilet 50 kopiejek). Metro w Kijowie zasługuje na osobny akapit – jest niesamowite (podobno w Moskwie również). Miasto posiada 3 linie i w zasadzie prawie wszędzie można dojechać metrem. Posiada wiele detali architektonicznych, zdobień, ornamentów i portretów. Zjeżdża się bardzo nisko w dół – miałam wrażenie że jechaliśmy dobrych kilka minut. Ba, ludzie nawet wyciągali gazety, aby poczytać w trakcie jazdy. Wynika to z faktu, że kijów położony jest na wielu wzgórzach i są spore różnice wysokości. Niektóre stacje znajdują się nawet na poziomie ok. 100 metrów pod ziemią (podwójnymi schodami ruchomymi jedzie się ok. 5 minut). Jadąc zmienia się ciśnienie atmosferyczne i trzeba przełykać ślinę jak w kolejce górskiej. Po prostu tej atrakcji nie można przegapić. 

Ławra Pieczerska jest siedzibą Ukraińskiego Kościoła Prawosławnego, złączonego z Patriarchatem Moskiewskim. Jest do ogromny kompleks, składający się z Ławry Dolnej i Górnej, oraz Podziemi. Niestety nam nie starczyło czasu, aby na jej zwiedzanie. A trzeba poświecić kilka godzin, aby poznać co ciekawsze zaułki. Kompleks znajduje się na liście UNESCO i jest uznawana przez prawosławnych za miejsce cudowne i oczyszczające z grzechów. XI-wieczna Ławra położona jest na wzgórzu nad Dnieprem, skąd roztacza się wspaniały widok na miasto - z jednej strony widać zabytkowe stare dzielnice, z drugiej część lewobrzeżną miasta, gdzie królują szaro-bure blokowiska. 

Spod Ławry wróciliśmy na metro i całkiem szybko dotarliśmy w pobliże dworca. Planowaliśmy jeszcze zjeść obiad w jakieś restauracji, ale ceny powaliły nas na kolana i.. skończyło się na dworcowym fast foodzie. Po chwili siedzieliśmy już w naszym pociągu. Droga wyjątkowo nam się dłużyła, doskwierała duchota i znużenie. Stąd z radością wysiedliśmy na warszawskim dworcu, rzucając się na polskie jedzenie. 

Tyle miejsc nie zdążyliśmy odwiedzić, tyle atrakcji było na wyciągnięcie ręki, a nie starczyło czasu, by je dogłębnie poznać. Po każdej podróży pozostaje taki sentyment, aby jeszcze kiedyś wrócić, na nowo odkryć swoje ukochane miejsca w danym kraju. Jakoś na razie nie ma kiedy wracać, gdy tyle krajów kusi swoim klimatem..