|












|


27 luty W środku zimy, gdy szaruga za oknem, nie ma lepszego pomysłu niż zmienić strefę klimatyczną na znacznie cieplejszą i słoneczniejszą. A gdy jeszcze dochodzi szczypta egzotyki, to już w ogóle rewelacja. Tym razem wybraliśmy MAROKO – pojawiła się jakaś obłędnie korzystna promocja lotnicza i nie było nad czym się zastanawiać. Kupiliśmy bilety z przesiadką w Gironie, do samego Fezu. Po drodze – żeby było ciekawiej - zrobiliśmy sobie 2-dniową przerwę na zwiedzanie Barcelony.
Sam lot do Girony uznawany jest przez pilotów za jeden z najpiękniejszych. Nic dziwnego – samolot leci tuż nad Alpami. Widoki zaśnieżonych szczytów zapierają dech w piersiach, góry są po prostu na wyciągnięcie ręki, obłędnie piękne i niesamowite. Drugi odcinek podróży – czyli lot do Fezu – to również nie lada gratka. Krajobrazy są coraz bardziej egzotyczne, góry zaś dzikie, niedostępne i pozbawione roślinności.
Do Fezu dotarliśmy z prawie 2-godz. opóźnieniem. Mieliśmy już strach w oczach, że nie zdążymy na pociąg i cały misterny plan podróży runie w gruzach. Na szczęście odprawa poszła błyskawicznie, od razu złapaliśmy taksówkę na dworzec, ekspresowo udało się kupić bilety i za chwilę już siedzieliśmy w pociągu do Marrakeszu. Uff..
Nagle przenieśliśmy się do zupełnie innego świata – egzotyczna roślinność, ciepły klimat, przedziwnie poubierani ludzie, no i ten zapach orientu, który
zniewala, bije po oczach, zadziwia i zachwyca. Nawet w powietrzu od razu wyczuwało się
coś dziwnego, zupełnie odmiennego. I nawet nie chodzi o to, że było gorąco w środku zimy (a było)
i duszno (a było), tylko przez skórę wyczuwało się egzotykę i już.
Podróż marokańskim pociągiem upłynęła nam zadziwiająco szybko, mimo że trwałą prawie 5 godzin. Tuż przed północą zawitaliśmy do Marrakeszu – miasta o rdzawym połysku, uznawanego za jedno z najbardziej niesamowitych na świecie. Znów taksówka i po chwili jesteśmy na miejscu. Śpimy w Hotelu Toulousain. Zaskoczył nas swoim wysokim standardem i prześlicznymi, dużymi pokojami urządzonymi na styl marokański.
28 luty
Rano miłe zaskoczenie. Śniadanie w patio, w prawdzie „petit dejonaire” (fr. małe śniadanko), ale smakowite i zakrapiane sokiem ze świeżo wyciskanych pomarańczy, tutejszych pomarańczy. Oj, długo nie zapomnę tego smaku..
Marrakesz – już sama nazwa intryguje, zaciekawia i zachwyca. Nadszedł czas, aby zbadać tajemnice fenomenu tego miasta. A że mieszkaliśmy w jego nowej części, to spacerując do celu egzotykę dostawaliśmy w kolejnych dawkach. Jednak dopiero po przekroczeniu murów miasta wkroczyliśmy w zupełnie inny świat, świat w którym czas biegnie zupełnie inaczej, ludzie zaś toczą kompletnie inne życie. Oczy trzeba mieć dookoła głowy, bo zadziwia dosłownie wszystko: ludzie, stroje, muzyka, zapachy, gwar, kolory. Tak, na mnie chyba najbardziej oddziaływały kolory, zwłaszcza rdzawoczerwony, symbol Marrakeszu. No i te wąziutkie uliczki suków, w których nie idzie się połapać. Oczywiście na początku wydawało nam się, że doskonale wiemy, gdzie jesteśmy, z czasem każda uliczka wydawała się podobna. Najgorsze, że one krzyżują się bardzo chaotycznie, bez ładu i wbrew wszelkim zasadom. Jak jeszcze dochodzi do tego tłum i mnóstwo kramów porozstawianych gdzie się da, to szybko w głowie pojawia się kołowrót, a wyjście z labiryntu to nie lada wyczyn. Na szczęście miejscowi oferują pomoc w znalezieniu tej jednej właściwej drogi, nie koniecznie żądając za to zapłaty. A że mieliśmy dokładną mapę, to sami krążyliśmy po wąziutkich zaułkach naiwnie licząc, że uda nam się dotrzeć poza mury miasta. Stety niestety pomoc miejscowych okazała się niezbędna.
Miasto zachwyciło mnie totalnie. I to wcale nie zabytki robią największe wrażenie, ale podglądanie życia tutejszych ludzi. Innego życia, stąd tak ciekawego. Wieczorem obowiązkowo trzeba pojawić się na Placu Djemma el Fna. Podczas gdy w ciągu dnia pełni on rolę zwykłego placu, wieczorem przeobraża się w tętniący życiem targ. Ale nie jest to zwykły targ – można tu posłuchać muzyki, pooglądać wyczyny lokalnych artystów, kupić pamiątki a przede wszystkim coś zjeść. Warto wejść na taras jednej z okalających plac restauracji, skąd roztacza się widok na cały plac, spowity w oparach dymów wydobywających się z setek lokali. Panującego tu klimatu nie da się opisać, plac przyciąga niczym magnez i trudno od niego oderwać wzrok. Nic dziwnego, że Maroko jest mekką artystów – malarzy, reżyserów, pisarzy, fotografów. W latach 50. i 60. ciągnęli tu amerykańscy bitnicy (m.in. Kerouac, Ginsberg, Bowles) w poszukiwaniu idealnego światła i zauroczeni
tutejszą kulturą.
Przeludniona medyna liczy 250 tys. mieszkańców. To 9,4 tys. uliczek (i jak tu się nie zagubić!), 185 meczetów, 70 fontann, 1,4 tys. osłów (główny środek transportu – żadne auto tu nie wjedzie). Większość budowli pochodzi z XV-XVIII w. I do tej pory funkcjonuje w oryginalnej formie.. także styl życia, rzemiosło i
zawody trwają tu niezmienione. Nic dziwnego, że wchodząc w ten labirynt uliczek ma się poczucie cofnięcia w czasie.
Maroko to bardzo przyjazny kraj dla turystów, nigdzie nie spotkaliśmy się ze złym traktowaniem, zaczepkami itp. Wiadomo, wszyscy chcą na coś naciągnąć, ale to typowe dla tej kultury. Logiczne, że jak ktoś żyje z muzykowania na ulicach czy zaklinania węży, to oczekuje opłaty za występy. Bo z czego taki artysta ma żyć?
Typowe dla tak turystycznych miejsc jest targowanie – trzeba to lubić, inaczej na pewno się przepłaca. Chociaż i tak ceny wydawały mi się mega niskie. Byłam naprawdę miło zaskoczona. Nawet nie znając francuskiego, z małą pomocą rozmówek, można sporo się wytargować.
Co ważne, bardzo rzadko można tu napotkać jakiś sklep spożywczy. Wszyscy robią zakupy na bazarach, a turyści po prostu stołują się w lokalach. Czasem 2 dni krążąc po mieście nie napotykaliśmy sklepu!
Wszyscy straszyli nas, że bez znajomości francuskiego nigdzie się nie dogadamy. Prawda, że kilka słówek trzeba zapamiętać, ale w wielu miejscach byliśmy mile zaskoczeni, że spokojnie można było porozumieć się po angielsku (dworzec, hotel).
1 marca
Wczesnym rankiem ruszyliśmy w góry Atlas. Najkorzystniejszym i najsensowniejszym sposobem dotarcia do celu okazała się taksówka. Autobusy niby jeżdżą, ale nie tam, gdzie chcieliśmy dotrzeć, no i mega rzadko. Jednonogi (!) Mohammed zaproponował nam dowóz w Dolinę Ourika za 500 dirhamów, co było bardzo rozsądną ceną. Przez chwilę zastanawialiśmy się, jak można prowadzić auto 1 nogą, ale okazało się, że wszystko jest możliwe, o ile tylko się chce. Nasz kierowca był niesamowitym człowiekiem, dość dobrze mówił po angielsku i opowiedział nam mnóstwo historii niczym przewodnik. Co chwilę zatrzymywał się, pokazując nam kolejne atrakcje - wodospady, berberyjskie wioski, wiszące mosty i punkty widokowe. I nie mógł się nadziwić, że będziemy chcieli kilka godzin chodzić po górach, kiedy on mógłby nas po prostu obwieźć po interesujących miejscach.
W końcu dotarliśmy do wioski Setti Fetma, skąd ruszyliśmy w góry. Oczywiście nigdzie nie można było zakupić mapy. Oj, chyba rzadko zjawia się tutaj turysta, który chciałby wędrować po górach. Oj chyba wszyscy zapaleńcy zdobywają mapy swoimi tajnymi drogami i przyjeżdżają tu zrobić wymarzoną trasę. Zaś zwyczajnym turystom wystarczy postój w punkcie widokowym, po cóż to się męczyć górołażeniem?
My jednak się nie poddaliśmy i ruszyliśmy w poszukiwaniu szlaków. Atlas jest bardzo skalisty i ciężko się po nim chodzi, niełatwo zdobyć nawet niewielkie szczyty bez sprzętu wspinaczkowego. W prawdzie po górach biegnie mnóstwo wąziutkich ścieżek, które niestety często urywają się i nie da rady ruszyć dalej. To głównie drogi dla mułów czy dojścia do posesji. My wybraliśmy wędrówkę brukowaną drogą, która wiła się ostro w górę. Liczyliśmy, że stamtąd łatwiej będzie zdobyć pobliskie szczyty. Tylko że upatrzone przez nasz wzgórza okazały się mega wysokie i mega odległe. Cóż, musieliśmy zadowolić się samą wędrówką. Na szczęście z nabieraniem wysokości pojawiały się coraz bardziej niesamowite widoki. Berberyjskie wioski położone na zboczach wzgórz, ośnieżone szczyty, poldery i pozbawiona jakiejkolwiek roślinności ziemia. Ale latem musi tu być gorąco!
2 marca
Good bye Marrakesz, Good morning Casablanca. Porannym pociągiem ruszyliśmy do celu. Kolej działa tu bez zastrzeżeń, tylko pozazdrościć – duże odległości pociągi pokonują szybko i bez opóźnień, standard też jest niczego sobie. Po 3 godzinach już byliśmy w Casablance.
Naszym celem było obejrzenie meczetu Hassana. Jak taksówkarz zobaczył nas czworo stojących na postoju to zatrzymał się, wyrzucił pasażerów i... zaproponował nam dowóz, oczywiście za kosmiczną cenę. Nie mógł się nadziwić, że jednak nie chcemy, w końcu zamachał ręką na „porzuconych” pasażerów i... pojechali dalej. My zaś zabraliśmy się inną taksówką, za rozsądne pieniądze. Meczet w Casablance zrobił na nas piorunujące wrażenie. Położony na sztucznym nasypie, w 1/3 wcina się w ocean, bowiem przez przeszkloną podłogę widać przepływającą pod
nim wodę. To wierne odtworzenie wersetu Koranu: tron Boga jest na wodzie. To najwyższy meczet na świecie , trzeci, co do wielkości. Perła architektoniczna – mnóstwo tu mozaik, fontann, kolumn, misternych zdobień i innych różności. Największe wrażenie podobno robi otwierany dach - niestety nie dane nam było tego zobaczyć, bo tylko Bóg wie, kiedy otworzy się kolejny raz (;
Zwiedzanie możliwe jest tylko z przewodnikiem. W środku mieści się ok 120 tys. ludzi – a że wszyscy zdejmują buty (jak w każdym meczecie zresztą), to musi być niezłe zamieszanie. Na szczęście mogą wziąć buty ze sobą, bo któżby się potem doszukał swojej pary (;
A że meczet leży nad samym oceanem, to po jego zwiedzeniu najlepszym pomysłem jest wędrówka bulwarem. Niebieściutka ciepła woda, skaliste dno, duże fale. Piękne miejsce, chciałoby się zostać dłużej. Tak naprawdę nie warto zapuszczać się do miasta, bo tu jest najciekawiej. Casablanca jest ogromna (ponad 3 mln mieszkańców), nowoczesna i nie ma tej specyficznej atmosfery, jaka panowała w Marrakeszu.
Mimo szczerych chęci poruszania się komunikacją miejską, to zadanie znów przerosło nasze możliwości i musieliśmy wziąć taksówkę na dworzec. Rozpiski na przystankach niezrozumiałe, ludzie zaś nie potrafili wytłumaczyć, gdzie dojść, aby dotrzeć do celu. Tym razem pociąg był opóźniony, zatłoczony i cudem udało się znaleźć miejsca siedzące. W końcu podróż do Fezu to 4 godzinki jazdy, nikomu nie uśmiechało się tyle stać na korytarzu. Taki plus, że na miejscu wybraliśmy hotel tuż przy dworcu, wiec nie było przynajmniej problemu z dojazdem.
3 marca
Fez - jak i Marrakesz – ma 2 oblicza: nową część, nowoczesną i cywilizowaną oraz drugą, zwaną medyną, już za murami miasta. Co śmieszne ta nowa część powstała na pocz. XII wieku (; Nie ma za wiele do zaoferowania, ale natrafiliśmy tam na synagogę. Przewodnik opowiedział o historii, pokazał torę i zaprowadził na taras widokowy. Suki przypominają te z Marrakeszu, jednakże zamiast czerwonego króluje tu wszędzie biel. W przewodniku piszą, że to niebieskie miasto, ale wg mnie ściema totalna, bo większość budynków jest biała.
Właściwą drogę w labiryntach uliczek niełatwo odnaleźć, ale tym razem uważnie śledziliśmy mapę i na szczęście nie zabłądziliśmy. Uliczki odchodziły od głównej arterii pierścieniowato, jednak większość z nich kończyła się po chwili.
Najpierw dotarliśmy pod medresę Al-Attarin, przebogatą w dekoracje. Później udaliśmy się pod meczet Al-Karawaijjn. Oczywiście nie było go wcale widać, bo uliczki wąskie, budynki wysokie, a nie-muzułmanie nie mają wstępu. To typowe dla islamu - co najpiękniejsze schowane jest przed wzrokiem postronnych. Szkoda. Właśnie tu założony został najstarszy uniwersytet na świecie (859 r.).
Na koniec udaliśmy się na wzgórze do grobowców marynidzkich. Widok na miasto był genialny: w dole pasły się owce, na wzgórzach suszyły się skóry i wełna, wokół kręcili się pastuszkowie. Podobno stamtąd widać większość z 365 minaretów znajdujących się w Fezie. Ciekawe, ja naliczyłam się może kilkunastu. Kolejny mit?
4 marca
Ostatnie spojrzenie na miasto, ostatni spacer i... czas wracać. Na lotnisko dotarliśmy ekspresowo, nie było żadnego opóźnienia. Największy szok to wrócić do szaro-burej rzeczywistości...
|